Wiadomości

28 września, 2026

Słońce umierało w deszczu 

Kult Ognia, Fot. Monika Wawrzyniak
 
Festiwal Summer Dying Loud w Aleksandrowie Łódzkim rośnie – tak pod względem „wagi” występujących tam zespołów, jak i odwagi w przekraczaniu stylistycznych ograniczeń. A mimo to nadal ma kompaktowy rozmiar i niemal rodzinną atmosferę.
 
Dzień I, czyli zachwyty i rozczarowania
W tym roku już przy festiwalowej bramie powitały mnie dźwięki „Gilotyny” z ostatniego albumu Ciśnienie. Śląski zespół, w skład którego wchodzą m.in. saksofonistka i skrzypek, nie ma nic wspólnego z metalem, ale trudno nie ulec ścianie mantryczno-rozpruwających dźwięków z uniwersum jazzu, post-rocka i King Crimson. Słyszeliście czołg w transie z saksofonem zamiast lufy? Nie? Spytajcie członków Ciśnienia, jak się go robi. Oni będą wiedzieć.
 
Duński Baest nigdy mnie nie zainteresował na dłużej i po koncercie na XVII SDL to się nie zmieni. Festiwalowy wodzirej (pełna profeska!) – Remo Mielczarek z Sacriversum zapewniał, że to będzie dobry występ, a panowie robią na zapleczu świetne wrażenie. Owszem, członkowie Baest także na scenie byli uśmiechnięci i wyluzowani, ale death metal w ich wydaniu do mnie nie przemówił. Ciężki, bo ciężki, ale dużo za dużo w nim powietrza i groove’u. Happy death metal? Eeee…
 
Przed koncertem Sigh publiki przed sceną zdecydowanie przybyło. Wszak japoński zespół ma status blackmetalowej (awangardowej) legendy, a często w Polsce nie gra. W Aleksandrowie Łódzkim Mirai Kawashima & Co. rozpoczęli zaś swoją europejską trasę, promującą album „Goh-Ka”. Lampiony, kimona, makijaże, żona lidera z shamisenem zamiast gitary… OK, poczułem klimat Japonii. Ale nie na długo. Jak awangarda to awangarda. Były echa muzyki japońskiej (takiej z filmów o samurajach), blasty, całkiem przebojowy hard rock, „kwaśne” klawisze… Pani Kawashima zmieniła shamisen na saksofon, niewiele ustępując mężowi-liderowi w zagospodarowywaniu sceny. Rodzicom towarzyszyła zaś mocno nieletnia córka (?), „grająca” na bębenku. Stylistyczny misz-masz o teatralnym posmaku był interesujący, był oryginalny. Ale czy dobry? No nie wiem…
 
Na koncert Massacre wybrałem się z dziennikarskiego obowiązku. Cóż z tego, że uwielbiam klasyczną płytę „From Beyond”, skoro każdym kolejnym krążkiem zespół demolował swój status legendy US death metalu? A pod szyldem Massacre nie grałem chyba jeszcze tylko ja i mój pies. I bardzo się ucieszyłem, kiedy mój sceptycyzm został… ukarany. Massacre zabrzmiało potężnie, na dwie gitary, co – jak zauważył festiwalowy bywalec Leszek Wojnicz-Sianożęcki – nie jest regułą, a Kam Lee był nie tylko w świetnej formie wokalnej, ale też tryskał energią, a nie – frustracją. Dostałem kawał soczystego, oldschoolowego, florydzkiego death metalu, w którym wszystko się zgadzało. A i muzycy nie mieli ochoty schodzić ze sceny – Kam Lee trzy razy żegnał się z publiką, a zespół zagrał na pożegnanie fragment „Raining Blood”, by w końcu rozstać się przy dźwiękach wiralowego „I Glued My Balls to My Butthole Again” projektu Obscurest Vinyl (jasne, że taki mądry nie jestem – Shazam był „w robocie”).
 
Na występ Lucifer wielu fanów ostrzyło sobie zęby. Wiadomo – okultystyczny doom/heavy rock musi być. A jak jeszcze w składzie są cztery panie… Na scenę wyszły jednak „tylko” trzy (i dwóch panów). Ja – mając w pamięci podobny stylistycznie, ubiegłoroczny koncert na SDL holenderskiego Gott, podczas którego Farida Lemouchi nie udźwignęła spuścizny kultowego The Devil’s Blood – wolałem powstrzymać apetyt. I dobrze. Ot, na żywo zwyczajne granie, w którym Lucyfera i okultyzmu było tyle, ile w wyświetlanym za zespołem ledowym logo Lucifer. Im dłużej oglądałem koncert, tym mocniej krzepło we mnie przekonanie, że jak będę chciał posłuchać takiej retromuzyki, to sięgnę po Breakout. A jak będę chciał zobaczyć na scenie piękną kobietę, wybiorę się na koncert Kylie Minogue. 
 
Z odpowiednim zapasem czasowym mogłem więc udać się do „Krypty” (coś w rodzaju małej sceny – ciasnej, bo mieszczącej się w budynku), gdzie miał zagrać jeden z najważniejszych dla mnie zespołów tegorocznej edycji festiwalu – amerykański Of Feather And Bone. I po intro zmiotło mnie. Wyobraźcie sobie zblendowane wpływy Immolation, Disma, Antichrist Siege Machine i Creeping Death (to zapisane na gorąco odczucia koncertowe) plus obłąkanego perkusistę, który grał tak, jakby jego celem było jak najszybsze rozwalenie werbla. Pan wokalista/gitarzysta znalazł czas – między pokazywaniem gestu podrzynania gardła – na zapowiedzenie utworu z albumu, który ukaże się w 2027 r. Kawałek z nieludzkim zwolnieniem okazał się jeszcze bardziej „pogięty” niż dotychczasowe… Dawać tę płytę!
 
Ten dzień festiwalowy mógłby się dla mnie zakończyć, ale kiedy po wyjściu z „Krypty” usłyszałem „Procreation (of the Wicked)” Celtic Frost w wykonaniu występującego na scenie głównej Triptykon… A później „Goetia” z „Eparistera Daimones”… A potem „Progeny” Celtic Frost i „Demon Pact” Triptykon… Im dłużej trwał ten doskonale nagłośniony i oświetlony koncert, tym bardziej mrok gęstniał, scena rosła do rozmiarów wielkiej „synagogi Szatana”, a Tom G. Warrior coraz bardziej przypominał gniewnego, groźnego kaznodzieję… Chyba najlepszy koncert Triptykon, jaki widziałem. Absolut.
 
Cult Of Fire? Tak powalającej oprawy scenicznej nie miał nikt. Muzyka? Odwrotność wyglądu sceny. Dobranoc państwu.
 
Dzień II, czyli zawodowcy rządzą
Ten dzień festiwalowy z rozmysłem postanowiłem częściowo jedynie wysłuchać, a niekoniecznie – i wysłuchać, i obejrzeć. Odwiedziny u kolegów-wydawców to wszak mój ulubiony festiwalowy obowiązek (w tym roku jednak skromnie: Godz Ov War Productions, Old Temple i Rex Diaboli Death Syndicate – pozdrowienia dla Panów!). Ze względu na wspomnianą kompaktowość festiwalu, muzykę ze sceny głównej słychać jednak niemal wszędzie.
 
Pierwszą „ofiarą” moich wizyt padł Neolith. Cytując legendarnego Piotra Kaczkowskiego: Ładnie grali, panie doktorze. Oczywiście piosenki ze świeżutkiego albumu „Inbir” były, ale takiej kapeli, będącej w bardzo dobrej formie, dać ledwie półgodzinny występ? O godz. 14? Trudno, poczekam do stycznia, kiedy Neolith ruszy w trasę.
 
Na występ Ponte Del Diavolo postanowiłem rzucić okiem, ponieważ o tym zespole wiedziałem nic. Nieco dziwna (dwóch basistów na scenie) mieszanka metalu, gotyku i (post)punku mnie nie odrzuciła, a świetna i uwodzicielska wokalistka – wręcz zauroczyła. Tym bardziej, że nie męczyła się ani śpiewem, ani pobytem na scenie. Po powrocie do domu sprawdziłem wydaną w tym roku płytę Włochów – „De Venom Natura”. Nie dla ortodoksów, ale świetna.
 
Występ Blaze’a Bayleya śledziłem jedynie z „nasłuchu”. Należę bowiem do „team Dickinson”, więc fakt, że wokalista Iron Maiden w latach 1994-99 wystąpi na SDL z repertuarem z albumów „The X Factor” i „Virtual XI” plus „the best” nie zapowiadał się jako wielka atrakcja. I nie był. Przekonałem się, że Bayley dobrym wokalistą jest, ale wielkim i porywającym nie był i nie będzie. Być może na scenie „dowyglądał” to, czego „nie dośpiewał”, ale nie kusiło mnie, żeby to sprawdzić.
 
Dwie gwiazdy tego festiwalowego dnia pozwolę sobie potraktować „hurtem”. Obie są bowiem na podobnym poziomie popularności i zawodowstwa, a na czele obu składów stoją charyzmatyczni wokaliści, czyli Satyr i Nergal. Ten ostatni nie wystąpił jednak z BEHEMOTH!, ale projektem Sventevith, odgrywającym debiutancki album „pomorskiej bestii”. Było dużo odwróconych krzyży na scenie, idealny  dźwięk, niezwykła intensywność i Nergal w doskonałej dyspozycji. Opowiedział nawet żart, który brzmiał mniej więcej tak: Zebraliśmy się, żeby celebrować muzykę ze „Sventevith” w najbardziej surowej i pierwotnej formie, na jaką zasługuje. No ubaw po pachy. Pewnie dla uzyskania tej „surowej i pierwotnej” formy trzeba było do akompaniowania ściągnąć muzyków z islandzkiego Misthyrming, bo przecież Baal i Les są muzycznymi emerytami, którzy wcale nie grają koncertów z Damnation – polish death metal band i Hell-Born Official. Moich złośliwości na pewno nie podzieliłaby zdecydowana większość tłumu pod sceną, ale tak się składa, że – może i „krzywy”, może i słabo brzmiący – „Sventevith” jest jedną z moich ulubionych płyt Behemoth ever. A tu nawet „From the Pagan Vastlands” zabrzmiało jak z komputera… I po co ruszać „kulty”? Dobra, wiem po co… 
 
No i Satyricon. Płyty wydane w ostatnich mniej więcej 20 latach znam pobieżnie, ale szacunek dla artystycznej drogi Satyra i Frosta mam duży, a w przypadku wczesnych albumów pewnie można byłoby mówić o uwielbieniu. Oczekiwałem zatem „jedynie” perfekcji i to dostałem. Wzruszeń u siebie nie zanotowałem, ale koncert był tak zagrany i odegrany, że opuszczałem teren festiwalu z uczuciem… podziwu dla ekipy Satyra. A opuszczałem, bo przemoczona ramoneska (porządny deszcz zapowiadał się od wielu godzin…) coraz bardziej przypominała kilkunastokilogramową, lodowatą zbroję. A przecież przede mną był jeszcze…
 
Dzień III, czyli pogoda rozdaje karty
Muzyka występujących przed Thy Worshiper Amerykanów z Cryptic Shift do mnie nie przemówiła. Czy ten death/thrash (?) był zbyt techniczny, czy może po prostu bez wyrazu… Nie wiem, nie znam się, nic więc nie napiszę.
 
Obawiałem się, że o koncercie Thy Worshiper też nie będzie co pisać, bo podczas próby lunęło porządnie (pogoda tego dnia mocno zmienną była), ale Przedwieczni zlitowali się na czas występu, dzięki czemu przed sceną zgromadził się całkiem okazały tłumek. Byłem ciekaw, jak na żywo wypadnie wydana w tym roku, bardzo dobra, ale niełatwa w odbiorze płyta „Demony wschodu”. Na scenie mnóstwo czaszek rogacizny, dość dziwne stroje i hmmm… makijaże, wielki bęben (plus normalna perkusja), tamburyn… Obawy o pagan „cepelię” były. Ale krótko. Bo było surowo, transowo i magicznie. A wokale Elizy Ratusznik, które niedawno dołączyła do zespołu? Ciary! Gdyby Thy Worshiper wystąpił po zmroku, to ten rytuał ryczany „zjadłby” i japoński teatrzyk Sigh, i hinduski cyrk Czechów z Cult Of Fire.
 
Kolejny zespół też z Polski, ale stylistycznie – antypody. Tak dawno przestałem śledzić jego karierę, że na koncercie dowiedziałem się, że nowa płyta wystąpiła po ośmiu latach przerwy, a nagrana została z nowym wokalistą. Cóż, fanowskiego szalika Frontside raczej nie dostanę… A nawet byłem gotów powiedzieć, że podoba mi się, jednak Mollie zaczął śpiewać – jak to w metalcorze – czystym wokalem. Ale jestem mu wdzięczny: ledwo schowałem się w namiocie prasowym, znów lunęło.
 
Szare, zaciągnięte chmurami niebo okazało się doskonałą oprawą dla kolejnego zespołu. Choć nic tego nie zapowiadało, bo na scenie pojawili się dwaj nienajmłodsi panowie o image’u działkowców, których oderwano od pracy w ogródku. Czyli Jesu. I zaczęli grać. Grać? Raczej tworzyć gitarowo-dronowo-ambientowe struktury przy oszczędnym (choć czasem niemal industrialnym) beacie z automatu, a jednocześnie hipnotyzować dźwiękowymi plamami i ciężarami. Na scenie nie działo się nic, a Justin Broadrick śpiewał, jakby był nieobecny. Do tego znów zaczęło padać. To nie miało prawa się podobać. Ale co zrobić, kiedy podobało się bardzo?!
 
Niewiele brakowało, żeby kolejny zaplanowany zespół nie wystąpił. Gitary Holendrów z Dool trafiły bowiem do innego samolotu niż członkowie zespołu. Na szczęście oba aeroplany leciały do Polski. A na scenie? Klimaty. Doom, gothic, hard i post rock, odrobina psychodelii… Owszem, trochę ciężaru i pazura też było, ale po byłej sekcji rytmicznej The Devil’s Blood i trzech gitarach (na jednej grał/a niebinarna wokalista/tka Raven van Dorst) oczekiwałem czegoś bardziej wyrazistego. Ostatni tego wieczora numer był najbardziej ożywczy, ale zimno i przejmująca wilgoć zwyciężały.
 
Do czasu. Najpierw rozległo się intro z płyty „Eternal Devastation”, a potem oczywiście „Curse the Gods” i cała wiązanka hitów. Kocham ten band – mimo okresów błędów i wypaczeń – od lat, ale tego wieczora Destruction było dla mnie najlepszym zespołem na świecie. Przy obrzydliwej pogodzie i po niezbyt energetycznym występie Dool ekipa Schmiera była jak herbata z prądem. Ba, z całą elektrownią atomową! I chyba nie tylko ja potrzebowałem takiego kopa, bo nagle ruszył młyn, jakiego tego dnia nie było. I dla mnie był to piękny koniec tego pięknego festiwalu.
 
Sebastian „Semi” Michałowski
Fot. Monika Wawrzyniak, Krypta – Agnieszka Jędrzejewska.
 
 
× W ramach naszego serwisu www stosujemy pliki cookies zapisywane na urządzeniu użytkownika w celu dostosowania zachowania serwisu do indywidualnych preferencji użytkownika oraz w celach statystycznych.
Użytkownik ma możliwość samodzielnej zmiany ustawień dotyczących cookies w swojej przeglądarce internetowej.
Więcej informacji można znaleźć w Polityce Prywatności
Korzystając ze strony wyrażają Państwo zgodę na używanie plików cookies, zgodnie z ustawieniami przeglądarki.
Akceptuję Politykę prywatności i wykorzystania plików cookies w serwisie.