Stal, żelazo, hałas, ciężar – Stocznia zawsze brzmiała jak metal, zanim jeszcze ktokolwiek postawił tu scenę. Ten teren sam w sobie był czymś mrocznym: chropowatym, industrialnym, niepodrabialnym. Mystic Festival gościł tu pięć razy – od popandemicznego 2022, aż po tegoroczne pożegnanie. Jak było? Przeczytajcie i posłuchajcie!
Darmowa woda, brak absurdalnych kolejek, świetny dojazd SKM‑ką, sensowne zaplecze sanitarne i niepodrabialna, postindustrialna aura. Mystic wyróżniał się na tle innych festiwali jak dobrze nastrojona gitara wśród tanich, plastikowych zabawek. I przyznam: to uczucie „ostatniego razu” wisiało w powietrzu jak rdza na stoczniowych suwnicach – niby wiesz, że to nieuniknione, ale i tak ściska cię w środku. Nie lubię dużych spędów, ale Mystic – mimo że co roku coraz większy – nigdy mi się takim nie wydawał. Wracałem tu co roku, czułem się jak w domu, miałem pięć scen pod nosem, a jednocześnie gdzie odpocząć, zbić piony ze znajomymi i po prostu czuć się swobodnie, mimo że… za metalowca nigdy się nie uważałem. Trudno będzie oddać ten sam charakter wśród betonowych przestrzeni wokół stadionu Polsat Plus Arena, gdzie w przyszłym roku przenosi się festiwal. Trzymam jednak kciuki, by miasteczko Metalopolis choć w części oddało klimat, który był wyróżnikiem popandemicznego, trójmiejskiego Mystica.

Ciężko było się w tym roku do czegokolwiek przyczepić, jeśli chodzi o logistykę. Organizatorzy wsłuchali się w głosy uczestników i postawili cztery plenerowe sceny, zostawiając jedną klubową w największym B90 vel Sabbath Stage. To sprawiło, że odbiór większości koncertów był bezproblemowy – ludzie nie byli ściśnięci jak sardynki, tlenu nie brakowało, a żarty o „Sauna Stage” brzmiały jak wspomnienie z innej epoki.
Przejdźmy jednak do muzyki. Każdy ma swój Mystic Festival. Nie ma jednej recenzji, bo ilu uczestników, tyle szlaków, wyborów i koncertowych clashy. Muszę przyznać, że o ile organizacyjnie był to najlepszy Mystic na Stoczni, o tyle muzycznie – relatywnie najsłabszy. Trochę brakowało mi tru‑black‑metalu i tych nieoczywistych odkryć, które wcześniej zdarzały się choćby w nurcie punkowym. Czy mimo tego było warto przyjechać? Oczywiście, że tak!
Warm Up Day: od hipnozy do rozczarowania
W tym roku wyjątkowo udało mi się dotrzeć już na rozgrzewkowy Warm Up Day. Z okien położonego nieopodal hotelu słyszałem koncert Grave i skłonił mnie do tego, by czym prędzej ruszyć tyłek pod scenę. Tam jednak koncert brzmiał gorzej, więc potwierdzę to co inni pisali – chyba z dźwiękiem było coś schrzanione… Odkryciem tego dnia była dla mnie A.A. Williams. Zażartowałem w ekipie, że to taka „biedniejsza Chelsea Wolfe”, ale zahipnotyzowała mnie swoją muzyką, która na żywo miała więcej pazura, niż na płycie. Artystka ubrana w zwiewną, prześwitującą czerń, łączyła gotycką elegancję z niepokojącą eterycznością. Rozczarowaniem tego dnia był z kolei dla mnie występ Neptunian Maximalism. Dotarły do mnie słuchy już wcześniej, że belgijscy szamani w wydaniu koncertowym objeżdżają świat bez saksofonisty. Ich muzyka pozuje na awangardowość, w rzeczywistości będąc dość generycznym psychodeliczno-szamańskim rytuałem. Koncert po kwadransie brzmiał dalej jak próba generalna do awarii transformatora. Sprzężenia, przestery, jeden riff mielony tak długo, że nawet młynarz by się znudził. Po śpiewach gardłowych odpuściłem.

Ciśnienie i thrashowy czwartek
Polscy szamani > belgijscy szamani, o czym świadczył koncert na otwarcie kolejnego dnia. Katowickie Ciśnienie zagrało jak zwykle, czyli wspaniale. Był to mój czwarty koncert tego składu, ciężko więc o element zaskoczenia. Warto jednak dodać, że ekipa ta była wyczekiwana, skandowana wśród publiczności Mystica i – mówiąc bez ogódek – pozamiatała tak, że w zasadzie nie było czego zbierać. Nie jest to metal, ale ekspresja zespołu, umiejętność budowania napięcia i „piłowanie” instrumentów godne największych szarpidrutów.
Czwartek w ogóle był w zamyśle thrash-metalowy, więc wybrałem się na rzadko uczęszczane przeze mnie największe sceny, by posłuchać „legend”. Zaskakująco dobrze wypadł Anthrax. Nigdy nie byłem ich zagorzałym słuchaczem, ale energia sceniczna panów w wieku emerytalnym była naprawdę przekonująca. Świetnie brzmiały zarówno nowe kawałki, jak i klasyki. Nie rozczarował również projekt braci Cavalera, grający w całości kultową płytę Chaos A.D. Tak, to był pewnie bardziej „sepulturowy” występ niż ubiegłoroczna Sepultura. Igorr jest bezbłędnym, niezmordowanym perkusistą, co udowodnił mi już rok temu na festiwalu Inne Brzmienia, gdzie wystąpił w noise’owo-elektronicznym duecie Petbrick. Teraz nadał nowy rytm niezapomnianym klasykom z repertuaru Sepultury. Trzeba uczciwie przyznać, że najsłabiej ze wszystkich „legend” zaprezentował się żegnający się ze sceną Megadeth. Forma Dave’a Mustaine’a jest już dość żenująca, sporo słabsza niż jeszcze dwa lata temu. Setlista ciekawa (m.in. „Ride The Lightning” Metalliki), ale ciężko nie odnieść wrażenia, że reszta zespołu grała jakby chciała go uratować. Tylko, że nie da się wygrać z czasem, nawet jeśli masz złotą płytę w ręku. W czasie występu otrzymał ją za ostatni album i mam nadzieję, że – z całym szacunkiem – będzie wiedział, kiedy ze sceny zejść. Niepokonanym. Bo już czas.
Najciekawszym koncertem tego dnia był jednak dla mnie występ grupy Escuela Grind. Zawsze mnie cieszą młode kobiety o niepozornej urodzie, które na scenie łoją tak „zwierzęcą muzykę”. Tutaj wsparte przez panów o latynoskiej urodzie rozkręciły niebywałe pogo pod kameralną skądinąd sceną The Void. To jedno z moich odkryć całego Mystica. Świetna muzyka do zabawy!
Piątek: deszcz, błoto i doom, który smakuje najlepiej w takich warunkach
Piątek to był najbardziej wyczekiwany przeze mnie dzień festiwalowy, ze względu na sporą ilość tego, co wolne i smoliste, czyli sludge’owe i doomowe. Szkoda tylko, że pogoda nie dopisała i przez cały dzień była równie smutna – lało, pod scenami robiło się błoto i generalnie było nieciekawie. Cóż zrobić – machnąłem na to ręką podczas świetnego koncertu Eyehategod, który otworzył mi dzień. Ich występ na Main Stage’u to jakiś błąd w systemie, ale bardzo przyjemny, bo to zespół zasługujący na najwyższe uznanie. Patrzysz na tych zniszczonych ludzi „wyrzygujących” życie z bezpretensjonalnością. Jest w tym szczerość, autentyczność, bujający sabbathowy riff i wokalista, który zabłądził tu z Twojego ulubionego hc-punkowego zespołu. To było godne otwarcie dnia w strugach deszczu. Nieźle zaprezentował się Down, w którym znajdują się również członkowie EHG, a na froncie – rzecz jasna – Phil Anselmo. Miło było usłyszeć te piosenki na żywo, chociaż ich występ był dla mnie preludium do prawdziwego misterium, jakie zaserwował brytyjski Electric Wizard. Od ich ostatniego występu na Mysticu (2023 r.) zagrali raptem parę koncertów. Być może są leniwymi ćpunami, którym się nie chce, którzy mają wywalone na cały przemysł muzyczny, ale nie można im odmówić jednego – potęgi brzmienia, które rozjeżdża niczym walec. Świetny koncert (a raczej mistyczny rytuał), jak zwykle uzupełniony o migające w tle filmy z gatunku, który można określić jako sexploitation horror.
Najlepszym bandem tego dnia – i całego Mystica (!) – był dla mnie rzadko wymieniany w tym gronie inny brytyjski zespół, czyli Benediction. Gdy czytam inne recenzje to mam wrażenie, że nikogo na tym koncercie nie było – podczas, gdy pod sceną rozkręcał się jeden z największych młynów na tym Mysticu. Przyznam z ręką na sercu, że nigdy nie słuchałem tej kapeli, ale odpaliła mnie wewnętrznie jak dynamit – a takich szczerych, spontanicznych sygnałów nie warto ignorować. Bezbłędny, zwierzęcy death-metal, bezczelnie grany przez starszych panów, którzy mają więcej werwy niż połowa młodych kapel, i którzy rozgrzali Desert Stage do czerwoności.

Sobota: grind, crust, elektronika i majestatyczne klasyki
W sobotę w tym samym miejscu mnóstwo osób zgromadziła Hostia, a ich bezlitosny grindcore już o 15:45 świetnie rozruszał tłum. Podobnie energicznie zagrał szwedzki Martyrdöd, a ich energiczny crust-punk był jednym z najmocniejszych momentów całego Mystica. Mocno odstającym stylistycznie składem był rewelacyjny, elektroniczno-industrialny duet Youth Code, ale to już taka tradycja, by na tym festiwalu podsunąć metaluchom elektronikę o równie mrocznym, noise’owym charakterze. Wspomnijmy choćby koncert Zamilskiej przed laty, w dokładnie tym samym miejscu i na tej samej scenie. W przypadku Youth Code mieliśmy go nawet poza sceną, bo Sara Taylor wskoczyła nawet na zadaszoną konstrukcję baru, by z góry wydzierać się tak, jakby chciała obudzić cały Gdańsk.
Z klasyków warto jeszcze wyróżnić bardzo uczciwy koncert zespołu Saxon. Biff Byford pomimo 75 lat na kartku i problemów zdrowotnych, o których szeroko rozpisywały się ostatnimi czasy nie tylko muzyczne media, stanął na scenie w długim, dwurzędowym płaszczu i prezentował się w pełni majestatu – jak heavy-metalowy monarcha. Szacunek!

Podsumowując, choć muzycznie był to Mystic Festival, który najmniej przypadł mi do gustu ze wszystkich, na których byłem obecny, ciekawych koncertów na nim było – jak powyżej widać – co nie miara. Takie wydarzenie w środku świetnie skomunikowanego miasta, we wspaniałej, historycznej przestrzeni post-industrialnej to rzecz doprawdy unikatowa. Parafrazując Świetlików: „Już nigdy nie będzie takiego Mystica”. Czyżby…? Trzymam kciuki, obserwuję z ciekawością i pewnie jak wszyscy… czekam na Slayera na polskiej ziemi!
Karol Kotański
TL;DR? To posłuchaj audycji podsumowujacej MF 2026:



