Archiwa tagu: recenzja

“La la Land”, czyli Do re Miłość.

la-la-land-quad-posterWszystkie zachwyty, które padły pod adresem “La la Land” i wszystkie Złote Globy są słuszne. Każde westchnienie, każda chwila zadumy, każda łza i każdy szeroki uśmiech na widok kolorowego kadru, w którym młodzi ludzie postanowili wytańczyć siebie, są nieuniknione. Pewnie trudno w to uwierzyć, ale wszystko, co zobaczycie w tym filmie już kiedyś widzieliście, jeśli nie w kinie, to w swoim życiu, bo życie to film, prawda? Każdy z nas kiedyś wyśpiewał swoje szczęście i wyskakał swoją złość. Sebastian (Ryan Gosling zwykle pociąga kobiety w otchłań namiętności, tym razem gra Miłość, co zdaje się trudniejsze, szczególnie gdy aparycja nie ułatwia odgrywania roli poczciwego, biednego jak mysz, zdolnego klawiszowca) i Mia (Emma Stone jest tu najbardziej niezwykłą dziewczyną z sąsiedztwa tej dekady)  nie zrobili niczego, czego my byśmy nie zrobili. Nie mówcie, że nie zatańczyłybyście z koleżankami, wybierając się na prywatkę, mierząc sukienki i śpiewając do szczotki! I, że nie wystepowalibyście swojej frustracji, kiedy podryw nie działa.  Stara dobra szkoła musicalu, stare filmy na starych kliszach, historia stara, jak świat, czyli licząca dokładnie tyle samo lat, co miłość.

 

To wszystko dzieje się dziś na Brooklinie, w Białymstoku i w Hollywood. Te same marzenia, te same tęsknoty, te same językowe cierpkie wycieczki w stronę uciekającej sympatii  i to samo pokonywanie muru na skrzydłach miłości, co u Szekspira 400 lat temu. Codziennie, teraz też, jutro i wczoraj. Damien Chazelle napisał i wyreżyserował film z tą wiedzą, bez pretensji i dezyderat pokazał jak pięknie wyglądamy, kiedy idziemy per aspera ad astra. Gdy cały świat kręci się wokół nas i podmuchem białej sukni, w lekkim walcu wyznaczamy sobie ścieżkę do nieba pełnego spełnionych marzeń. Obiecuję Wam, że nie odkryjecie tu ani Ameryki, ani nawet Hollywoodu, przypomnicie sobie co najwyżej najlepsze chwile kina, do których twórcy powrócili z taką subtelnością i czułością, a zarazem inteligencją i równowagą że wszystkie fajne chłopaki po kryjomu też będą ocierały łzy.

Podobny obraz

Pewnie wiecie, że to film o marzycielach.  Ale to nie jest ckliwa historia miłosna ani afirmacyjna nowela rodem z podręcznika o tym, jak to wytrwałość i wiara prowadzą  prosto do celu. To też nie jest traktat o tym, że droga jest celem ani bajka o pogoni za białym króliczkiem. To są najbarwniejsze skrawki naszego życia, z których możemy uszyć sobie sukienkę, czy krawat, założyć albo zdjąć buty, otworzyć usta i zaśpiewać, tupać nogami i zatańczyć. To jest balsam na nową rzeczywistość cyników i wata cukrowa dla zakochanych, to jest czerwony balonik samotników i lemoniada koneserów ciężkiego kina i apologetów uzasadnionych trudów życia. To jest najpiękniejsze, co zobaczycie w kinie w tym roku, tylko dlatego, że życie jest piękne, czy wam się to podoba czy nie.

 

9/10

Paula Wakuluk

“Służąca” estetycznej i erotycznej rozkoszy. Recenzja Pauli Wakuluk

O tym, jak nie zrozumiałam “Służącej”

Pociąg filmowy do Japonii, czy Korei jest gwarancją niebezpiecznej acz ekscytującej przeprawy. Od setek lat wybierany przez dziwadła i kurioza, niezmiennie wyczekiwany na oblężonych stacjach przez pasażerów żądnych wiedzy i niepojętych emocji. W ciasnym przedziale, siedzą naprzeciwko siebie, stykając się kolanami Zachód i Orient, patrzą sobie w oczy, milczą. Nie zrozumieją się nigdy, ale mogą się dotykać, próbować, ba! Nawet się w sobie zakochać. Albo uprawiać stosunek, co zdaje się uprawiają twórcy “Służącej”.
Nie odnalazłam w tym filmie tego, co widzą krytycy i recenzenci wszelkiej maści, jurorzy i specjaliści, reżyserzy i Quentin Tarantino. Gdyby Chann-wook Park zatrzymał się po Pierwszej Części swojego dzieła, zamyślił się, chwycił gumkę do ścierania, być może uniknąłby scen, które zamazały obraz. Tymczasem on zafiksował się na zupełnie innej gumce.

Znalezione obrazy dla zapytania ah-ga-ssi
To prawda, ta piękna w odbiorze historia nie jest opowiedziana, ona jest kaligrafowana. Jest misternie złożona, niczym najbardziej skomplikowane orgiami modułowe, element za elementem, zagięcie po zagięciu, formowana w szokującą całość. Z początkiem Drugiej Części otrzymujemy najcenniejszą filmową niespodziankę: wolność analizy poprzednich zdarzeń, przepyszną zamianę ról, odwrócenie perspektywy! Cóż z tego, jeśli po kilku minutach nam się to odbiera. Jakież było moje rozczarowanie, gdy szkatułka okazała się pusta. Wiedziałam już co będzie dalej, zatem cała Druga Część wydała mi się formalnością, a momentami nużącym nadużyciem, gdy zmysłowość i erotyka zamieniła się w perwersje i sprośności. Gdy subtelne obserwacje zamieniły się w chore fantazje niewyżytego dziada, kimkolwiek on jest: wujem, który psychicznie (i fizycznie) maltretuje siostrzenicę, czy Chan-wook Parkiem, który lubi obcinać ludziom kończyny, a i nie pogardzi kazirodztwem, sodomią i sadyzmem. Wybaczcie szczerość, ale nie mam nic przeciw poniewieraniu widza przez Hanekego, gdy psychologiczna męczarnia prowadzi do katharsis. Sprzeciwiam się wykorzystywaniu narzędzi tortur dla efektu oraz siłowemu udowadnianiu, że pornografia, to sztuka.
Już w Pierwszej Części “Służącej” pojawiły się przecież mocne sceny erotyczne wystarczające, żeby uwierzyć w miłość kochanek. Jeśli ktoś próbuje tłumaczyć zwycięstwo uciemiężonej płci pięknej nad patriarchalnym modelem społeczeństwa Korei, łóżkową sceną lesbijską, to jest głupi.
Kolejne łóżkowe ośmiornicze zawijańce były celem samym w sobie. Pozbawionym symboliki i sensu. Sam seks.

Znalezione obrazy dla zapytania ah-ga-ssiTe dwie kobiety, służąca i jej pani nawiązały jedną z piękniejszych filmowych relacji, właśnie dlatego, że na ekranie pokazały uczucie prawdziwe. Nie wolno mi zdradzać fabuły, chociaż sami się przekonacie, że zdrada zdrady, nie jest zdradą. I nie będę więcej opowiadać, dodam tylko, że Tae-ri Kim i Min-hie Kim stworzyły namiętny duet, który przywodzi mi na myśl „Życie Adeli”. Zresztą we francuskiej opowieści młode aktorki też odgrywały wielominutowe sceny cunnilingus i też nieistotne dla całości.
Naiwność Drugiej Części “Służącej”, pustka i desperacja Trzeciej, sprawiły, że pięknie zapowiadający się film okazał się snem zwyrodnialca. I teraz nie dziwi, dlaczego Tarantino odłożył przybory, dlaczego powiedział, że Park nakręcił bardziej tarantinowski od jego wszystkich filmów. Bo Park chwycił sedno, zanim oczy przysłoniły krocza, zanim ugrzęzło w kadrach wulgarnej Kamasutry, zanim zalepił miłość wydzielinami pierwotnych popędów śmierci i seksualności, które manierycznie usprawiedliwia się wciąż eleganckim anturażem, literaturą i … takimi filmami.

 

Ale zobaczyć to warto.

 

6/10

Paula Wakuluk

Fot. Materiały prasowe

“Nerve” w kinach – recenzja Pauli Wakuluk

Przeszło Wam przez głowę, że Wasze zdjęcia z wakacji na tle Wieży Eiffla, Wasze śpiewanie do kamerki samochodowej, Wasze dzieci na profesjonalnej sesji, Wasze fotografie z dyplomem magistra, Wasze zdjęcia z koncertów i czilu przy grillu są z poprzedniej epoki?
Czy wiecie, że my, pokolenie dzisiejszych trzydziestolatków jesteśmy januszami Facebooka? A już na pewno Snapa i Insta? Jesteśmy archaiczni i śmieszni dla młodszych o połowę dzieciaków, które patrzą na nasze rozterki dotyczące podziału na świat realny i wirtualny, jak my patrzyliśmy na babcię, która rozmawiała z postaciami z telewizora. Serio.
Nasze dzieci urodziły się w świecie szczelnie opatulonym przez internetową sieć, która wrosła w Matkę Ziemię i nie starają się Internetu oderwać od “prawdziwego życia” bo on jest jego integralną częścią. 

Znalezione obrazy dla zapytania nerve movie

W filmie “Nerve” podglądamy młodzież, która zrobi wszystko, żeby skupić na sobie uwagę i to jest nihil novi sub sole. Wszyscy potrzebujemy uwagi i każde pokolenie tworzy coraz to nowe sposoby na jej osiągnięcie. Jak? Przekraczając granice naturalnie. Ktoś wymyślił awangardę, ktoś abstrakcję, ktoś się rozebrał na scenie, ktoś inny wylizał mikrofon, a ktoś kogoś innego i wrzucił to do netu. Możemy załamywać ręce nad stopniem demoralizacji młodzieży, tak jak nasi rodzice załamywali je nad nami. Możemy (obiektywnie) oceniać, że granice zostały przekroczone w stopniu ostatecznym, bo w każdej chwili ktoś emituje swój stosunek seksualny na żywo gdzieś w Internecie, ale gdzieś ktoś też transmituje swoją albo czyjąś śmierć. Ale ruszyła maszyna.
Trudno opisywać “Nerve” bez analizy socjologicznej, nawet jeśli nie jest to kino ambitne, które w umiejętny sposób wyrywa nam dziurę w mózgu, jak “Benny’s Video” Hanekego. Ale ostatecznie przestrzega przed zwyrodnieniem powodowanym nowymi mediami. Zastanawiamy się, co jeszcze zrobią nasi bohaterowie, by inni śledzili ich w grze pt.Nerve.

Znalezione obrazy dla zapytania nerve movie

Film jest ekscytujący, łatwy i ładny. Traktuje o szalonym życiu na krawędzi, o tym, jak ekstremalnie silnych wrażeń potrzebuje młodzież i o tym, że podstawowe relacje i emocje są niezmienne od kilkudziesięciu lat. No, przynajmniej w filmach, które oglądała pani reżyser Jessica Sharzer. To wciąż działa: ktoś kogoś kocha, ktoś nie, ktoś się z kimś przyjaźni a potem kłóci. Przyjaciółkami jest się dziś tak długo, jak długo ta druga nie dostanie więcej lajków. W zemście najlepiej przespać się z platoniczną miłością byłej już przecież przyjaciółki. Ta zagrywka już nikogo nie gorszy, gorszy jest tylko owczy pęd za uznaniem w Sieci. Można się obnażyć albo rozebrać. Można kraść i kochać. Dla polubień! Chłopak imieniem Ty, uzależniony od adrenaliny post cyber punk z procesorem zamiast serca gotów zabić dla pierwszego miejsca na liście ulubionych graczy w systemie Nerve.
Szkoda, że twórcy wmieszali w ten system pieniądze, bo to zakrzywia obraz rzeczywistości wirtualnej. Bo dzieciaki nie potrzebują pieniędzy, żeby wykonywać te wszystkie absurdalne zadania. Nikt Wam przecież nie płaci za to, że długie godziny spędzacie poszukując Pokemonów, co nie? Ktoś Wam odda stracony czas?

Znalezione obrazy dla zapytania nerve movie
Oddać może Wam cześć tysiąc Waszych followersów. Nowy Cezar, który gdy opuści kciuk, skazuje cię na śmierć. A dla kciuka w górę ryzykuje się życie – zacięcie pedagogiczne w filmie wybrzmiewa w co drugiej scenie, żeby wystawić sobie marną notę zakończeniem rodem z lat 90. Bo kogo dzisiaj poruszy wyklad o tym, że w sieci nie jesteśmy anonimowi? Przez to zakończenie Sharzer ostatecznie zdemaskowała swoją ignorancję w kwestii zaburzenia psychicznego krótko zwanego “social media”. “Nerve” nie sprawi, że następnym razem piętnastolatka zastanowi się, czy warto pokazywać biust w Internecie. Dzieciaki wciąż będą z lubością zaplątywały się w sieci z mózgiem pełnym haczyków, zarzuconych przez dorosłych specjalistów od programowania coraz to nowych rozrywek.
Co paradoksalne, film trzyma w napięciu najbardziej podczas dramatycznych wyzwań, jak chodzenie po drabinie rozciągniętej pomiędzy wieżowcami na wysokosci 10 piętra. O ironio, sceny zapierają dech w piersiach i sami jesteśmy na tej szalonej wysokości, a serce wali na cała salę kinową.
To jeszcze nie jest fimowa psychoanaliza, na która czekamy. Ale warto sprawdzić, jak kinematografia zyskuje nowego demona, jak powoli w cywilizacji zachodnioatlantyckiej rodzi się nowa obsesja. Szkoda, że twórcy nie przypomnieli na koniec że autentyczna bliskość nie rodzi się z adrenaliny i setek tysięcy lajków, tylko z… prawdziwej bliskości. To ostatnie zrozumieją tylko staroświeccy użytkownicy Facebooka.

 

6/10

“Kamper” film, który cię wytłumaczy – recenzja Pauli Wakuluk

W kinach do obejrzenia KAMPER film. Porywający temat! Bo o nas!

Grzegorzek wyczuł temat, który zawsze będzie na czasie. Dopóki pokolenie urodzonych w latach 80. nie umrze. Bo to się doskonale sprzedaje, to całe pokolenie Y, JP2, generacja nic, dzisiejsi trzydziestolatkowie, wyż demograficzny, wyniki seksu stanu wojennego, dzieciaki transformacji, millenialsi i setka innych określeń, czyli usprawiedliwień dla rozwydrzonych gnojków, którzy lenistwo okrzyknęli prokastynacją, a informacje o sobie czerpią z tekstów na Facebooku:
>>Gratulujemy! Jeśli wiecznie się spóźniasz i masz syf w pokoju, to znaczy, że jesteś nieprzeciętnie inteligentny!<<
Tym razem głosem pokolenia nie będzie nimfomanka z Nowego Jorku ani nawet pulpecik z Londynu, tym razem będzie to Kamper z Warszawy. Chłopaczek w wieku naszych starych panien, tfu – singielek, tylko, że żonaty. Ale to facet, więc jest tak samo skreślony jak stare panny, bo zamiast szukać męża, zawsze będzie szukał powrotu do dzieciństwa, w której najfajniej było na rybach i na trzepaku. A nie, czekaj, my już mieliśmy Atari, najfajniej się gra w gry. Kamper uczynił hobby swoją pracą, choć wspomina, że jej nie znosi.To chyba symptomatyczne, narzeczeństwo też jest lepsze, niż małżeństwo.

zzona

Z małżeństwa zrobił sitcom, wszystkie dowcipy robi swojej żonie w mieszkaniu, na kanapie i w szafie. Jest bez wątpienia zabawnie i dobrze, bo jeśli wszystko inne zawiodło, oni potrafią się wciąż wspólnie śmiać w tym małżeństwie. Ma kumpla i przyjaciółkę, bo nasze pokolenie postanowiło, że istnieje przyjaźń damsko-męska. Jego żona też jest jego kumpelą. Nawet w łóżku. Dlatego Kamper w końcu przegrywa z kimś, kto weźmie ją jak prawdziwy mężczyzna. Kimkolwiek on będzie, bo z definicji Grzegorzka wynika, że to knypek bez polotu, ale z telewizji. Z telewizji, którą genialnie podsumował Koterski w “Dniu Świra” i którą świetnie kondensuje w kolorowej nowelce Grzegorzek, jako przegadaną i przejaskrawioną pustkę wypełniającą nasze domy w prime timie. A jednak reżyser utrzymuje, że ktoś, kto robi z siebie idiotę przed kamerą może być prawdziwym mężczyzną, a ktoś, kto robi z siebie idiotę w domu, w którym zagnieździł się tylko z ukochaną – nie. Takich nielogiczności jest w “Kamperze” kilka. I kilka łatwizn i stereotypów. Może celowo, bo przecież nasze pokolenie nie rusza już głową. A może dlatego właśnie.

knypek
Historia warszawskiego młodego małżeństwa jest jak te ckliwości, które kiedyś opisywał “Poradnik Domowy” albo inne poradniki dla gospodyń, a których teraz pełno w “Charakterach” magazynie pf psychologicznym:
Bla bla bla kochali się najbardziej na świecie, ale poziom serotoniny opadł (ej, nie wiedzieliście, że to się stanie?! Każdy przypadkowo spotkamy na ulicy Lew Starowicz ci o tym powie! Najwyżej dwa, trzy lata i po sprawie, trzeba szukać nowego dilera, bo mózg się przyzwyczaja! Przecież to wiedzą nawet dzieci! Miłość to żadna metafizyka, to hormony, chemia, choroba psychiczna!). Opadły inne organy, podnosić się trzeba będzie już poza domem. Jedno znalazło teoretycznego mężczyznę, drugie w odwecie wikła się w romans z płomienną kobietą. Lodowaty romans. Faceci lecą na ładne cycki, laski na pozycję społeczną, wiadomo. Jedno i drugie nie kocha swojego kochanka. Kamper i Mania kochają się wzajemnie, ale nic już nie jest jak na początku, więc szukają sobie początków z innymi ludźmi.

hispanka
“Kamper” to świetny obrazek, generator autorefleksji, doskonała ścieżka dźwiękowa, scena tańca, wspomniany wyciąg z telewizyjego gówna, a relacja między Nieradkiewicz i Żurawskim obłędna.
Nie mogę jednak zrozumieć, skąd przyzwolenie na infantylność. Niby i w latach 20. faceci bywali dziecinni, dojść poczytać Gombrowicza, który mówił o sobie: ”Biedny pajac! Bliski czterdziestki, wiodłem życie dwudziestolatka”. Niby jeszcze wcześniej powstała powieść o niejakim Piotrusiu Panu.
Tylko, że to dla nas żadne przykłady. Ni Kamper ni Gombrowicz. Ni Bradshaw ani nawet Jones. Czy ktoś w końcu zauważy, że Freud zrobił nas w konia? Wieczna pogoń za zaspokojeniem popędu prowadzi do obłędu, wkręca cię w niekończącą się spiralę zdarzeń, które są ładne i puste. Jak kolorowe neonowe kwadraty, co migają w głowie, wspomnienia miłości przyćmiewają jej obraz: “nigdy nie mogłem ci kurwa wystarczyć, co?”
Mam to samo. Mam trzydzieści lat i przestało być ważne, że nikt mnie nigdy nie kochał bardziej. Czekam na następnego, to znaczy, na następny film który tym razem będzie mądrzejszy ode mnie.

 

6/10

Paula Wakuluk

fot. mat. prasowe

kamoer

Najważniejsze jest widoczne dla oczu – recenzja “Neon Demon”

To nie Refn jest chory, to chora jest rzeczywistość tych, którzy odrzucili wszelkie cnoty na rzecz tak zwanego piękna, określając je najwyższą wartością. I to nie Refn jest chory upierając się, że piękno jest najważniejsze. To wy. Wy, modelki, które nie musicie umieć pisać, śpiewać, tańczyć, nic. Wystarczy, że urodziłyście się piękne. Inaczej: że ktoś stwierdził, że jesteście piękne. A reszta chce być, jak wy.
Wy, mężczyźni, którzy czyhacie na wiotkie ciała nieświadomych dziewcząt. I wy, dla których te ciała stanową narzędzie pracy.

demon


W “Neon Demon” sprawa jest prosta. Wszystko lśni, błyszczy, pulsują neony, tańczą demony. Sypie się brokat, leje się krew. Reżyser lubi podwójne znaczenia, baśniowe konotacje, okultystyczne prowokacje. Podpowiada, że nie od dziś kobiety kąpią się w blasku miesiąca i dziewiczej krwi, żeby zachować wieczną młodość. Kiedyś palono za to na stosie, dziś sadza na tronie i daje w dłoń berło wysadzane diamentami, rubinami, dolarami, sztucznymi zębami, sztucznymi cyckami i takimi uśmiechami.
Nie ma tu poszukiwania winnych, nie ma oceniania i wartościowania. To nie twoja wina, że uwierzyłeś w bełkot pedagogów o tym, że najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. Nie twoja wina, że pragniesz piętnastoletniej lolitki, bo w jej oczach jest przerażenie i niewinność a jej piersi przekonują swoim niezoperowanym jeszcze kształtem. To wina instynktu. Popędu. Piękna i zła, śmierci i seksu.

tumblr_o6opzfnOH91utsakio4_500
Jeśli po projekcji filmu czujesz się nieusatysfakcjonowany, jeśli myślisz, że film jest może i pociągający estetycznie, ale pusty, jak miedź brzęcząca albo cymbał grzmiący, to masz rację. Ten film jest dokładnie taki, jak świat w nim przedstawiony.
Mogę się zgodzić z Refnem, że jest o krok przed krytykami. Oni jeszcze nie wiedzą, że Neon Demon podsumował naszą codzienność. Śliczną i próżną. Ich codzienność. Rozejrzyj się, jak piękno grzeszy przeciw prawdzie, a wszędzie dookoła czeka pokusa goła. Nie ma dobra, nie ma miłości, jest piękno, które nawet nie jest ładne.

 

8/10

Paula Wakuluk (fot. mat.prasowe)
plakacikpuma

“Wieżowiec”, czyli puste klatki filmowe. Recenzja Kino Oddycha.

“Wieżowiec”, powieść J.G. Ballarda, to prosta metafora struktur społecznych ułożonych na kolejnych piętrach wysokiego, ekskluzywnego budynku. Trzech przedstawicieli swoich poziomów – Wilder (Luke Evans), z nizin, Royal (Jeremy Irons), konstruktor budowli z najwyższej klasy i Laing (Tom Hiddelston), który zamieszkał dokładnie pośrodku, robią za przewodników po kolejnych kręgach piekła. Ponieważ książka i film zaczynają się od sceny epatującej nędzą i opatrzonej słowami “przyszłość już nastała”, wiemy, że wieżowiec musi upaść, że runie cały system, nie wiemy tylko jak.

Jak najszybciej.

Wszystko zmierza ku upadkowi w pozbawionym logiki, przyczyny i skutku, pędzie z góry na dół i odwrotnie. W chaosie dialogów i scen błyskawicznego upadku powodowanego pośpiechem autorów. Pan reżyser, Ben Weathley postanowił zburzyć teorię porządku w taki sam spektakularny sposób, co autor powieści, skądinąd frapującej. Mieszkańcy dążą do samozagłady z momentem uiszczenia opłaty za swoje miejsce na osiedlu w kształcie zagarniającej, czy też zaciskającej się dłoni.

Uproszczenia olbrzymie, dość spojrzeć na nazwiska głównych bohaterów. Metafor mnogość, ale banalne jak idealny odcień szarości, którego poszukuje Laing. Nasz szary człowiek, nasz każdy z nas, którym żaden z nas z jakiegoś powodu nie chce być. Nasz człowiek spomiędzy. Za biedny dla bogatych, za bogaty dla biednych. Z tekstem Nosowskiej utożsamiał się każdy: za mądry dla głupich, za głupi dla mądrych. Z naszym Laingiem raczej trudno się identyfikować, bo po co pozostawać w centrum postępującego rozkładu? Nasz pan patomorfolog, który przedstawia nam jak łatwo skóra ludzka odchodzi od czaszki, nasz łącznik między dwoma światami, boży pupilek i bożyszcze kobiet. Dlaczego zostaje w wieżowcu? Czy faktycznie tak bardzo kusząca jest  przyjaźń z konstruktorem tego świata, czy może miłość dwóch pań: jednej z najniższej klasy (Elizabeth Moss), drugiej w ogóle bez klasy (Sienna Miller)?

Nie wiem, jak interpretować  wybory Lainga i poszczególne przenośnie, bo roi się od nich w “Wieżowcu”, ale mam ulubioną scenę. Gdy wszystko stało się upadkiem, gdy mieszkańcy dolnych pięter traktowani są jak ssaki do wykorzystania przez bogatszych, gdy  bogaci kierują się już tylko instynktem i chucią, Laing, nasz idealnie średni człowiek, odszukał tę wymarzoną szarą farbę. W sklepie, w którym ludzie umierają z głodu, tuż pod planszą informującą o promocji na francuskie bagietki i szampana, w którym rozgrywa się scena walki o resztki jedzenia i godności, Laing znajduje swoją szarość i walczy o nią, jakby niósł ostatnią puszkę czerwonej fasoli. Nie odda swojej przeciętności, pójdzie do apartamentu i gdy wszystko wokół ocieka fekaliami, krwią i spermą, on pomaluje swoje ściany na perfekcyjnie szary kolor. I to będzie sposób na przetrwanie w świecie, w którym każdy dąży do deprawacji. Czy o tym jest ten film?  Może. A może o czymś zupełnie innym, co wyłania się z kolejnego piętra, kolejnego aktu przemocy i kompulsywnych zachowań zdemoralizowanych ludzi. Może o tym.

Film jest hipnotyczny, oniryczny i przepiękny wizualnie, jawi się, jako migocząca bańka mydlana, złudzenie zarówno architekta, jak reżysera i autora powieści. Wszystkim wydawało się, że tworzą coś wielkiego, a powstała gigantyczna kupa śmieci, pod którymi utoniemy, gdy nie będziemy szanować śmieciarzy. Taka mądrość dla wszystkich od twórców, którzy sami jej nie usłyszeli.

W “Wieżowcu” piętrzy się zepsucie i osiąga piramidalną, obrzydliwą formę. I ten film jest czasem, jak wrak budynku, jak organizm z którego wypruto żyły i całe opowiadanie jest martwe, nie ma bohaterów, poszczególne klatki są opustoszałe, obdrapane z treści, windy nie snuja historii, wentylacja nie gwarantuje świeżości narracji.  I gdyby nie oszałamiająca atmosfera lat 70, kołysząca serenada elżbietańska i przewijający się sennie motyw przeboju “SOS” byłoby brzydko. A tak jest pięknie.

I bez wątpienia o czymś to miało być.

Tylko o czym?

 

 

 

7/10

Paula Wakuluk

fot. mat. pasowe