Archiwa tagu: Netflix

13 powodów, dla których serial nigdy nie będzie jak film. Paula Wakuluk Kino Oddycha

Wielcy świata filmu coraz częściej ośmielają się gloryfikować serial. Nie. Ośmielają się to złe słowo. Dziś serial, jak disco-polo nikogo nie żenuje. Ok, Hollywood płaci potężne pieniądze, żeby rozciągnięty do granic pojmowania śmiertelnika film wyglądał imponująco. Zatrudnia największe gwiazdy przed i za kamerą, a epickość obrazu ma, niekiedy niespotykany w filmach, rozmach. Sama Holland agituje za vipowskim miejscem dla serialu w kinematografii, mówiąc, że na festiwalach powinien stać tuż obok filmu. Czemu serial jest taki świetny, według twórców? Odpowiedzią i sztandarowym argument – czas. Czas na rozbudowanie postaci, czas na metamorfozę bohatera, czas na przemianę wszystkich innych ośmiu bohaterów, czas na podmianę postaci i wreszcie czas zupełnie nieprzewidzianą śmierć waszej ulubionej postaci, do której byście się tak nie przywiązali, gdyby nie pojawiła się w szesnastu poprzednich odcinkach przecież. Sami widzicie. Czas, najlepszy przyjaciel twórców seriali. Według mnie jednak czas twój wróg!

Znalezione obrazy dla zapytania gra o tron jon snow

fot. mat. prasowe

Sztuką jest przywiązać widza do bohatera w minutę. W dziesięć, skonstruować akcję tak, by nawet najtęższe głowy nie przewidziały czym się skończy i subtelnie mylić wątki z premedytacją wodzić za nos, by na koniec usadzić odbiorcę w błogiej satysfakcji, bądź obnażyć jego niecne pragnienia i zostawić z poczuciem winy na napisach końcowych. Zdarzyło się w serialu? Nie. Bo czas. Fałszywy przyjaciel serialistów.

Najpoważniejsze tuzy współczesnego kina gubią się mając do dyspozycji 100 minut, kto nie zgubi się, mając ich 1000? Gdy każdy odcinek reżyseruje inne wielkie nazwisko? Ten Fincher, ten Lynch, ten Schumacher i tak dalej. Dziury. Gigantyczne czarne dziury, pustka pożerająca esencję, połykająca całe nasze psychiczne zaangażowanie w jednej chwili wielkiej wpadki. Z czasem pojawia się coraz więcej tautologii, błędów logicznych, absurdalnych przemian postaci, aż historia zatacza koło, zjada własny ogon, wali głową w mur. Niech ktoś zaprzeczy, że to samo nie przytrafiło się najwybitniejszemu serialowi wszech czasów „Twin Peaks”. Ostatnie odcinki drugiej serii były zwyczajnie durne, wymykając się subtelnej grotesce, zderzyły się z niewybredną potrzebą mas. Nie ma wśród dzisiejszych seriali tak ambitnego tytułu, że mógłby konkurować ze średnioambitnym filmem. Wyobrażacie sobie Państwo „Młodego Papieża” skondensowanego do 120 minut? EKSTRAKT. Najsmaczniejszy film Sorrentino może jeszcze piękniejszy i jeszcze większy, niż „Wielkie Piękno”. Jeżeli muszę wybierać, to skłaniam się przyznać, że to serial o największej wartości nie tylko estetycznej, ale też moralnej, bo morał jest sednem sztuki. Wciąż jednak drobne nonsensy ciągną się po pięknych kadrach a wywar rozpływa się między odcinkami.

Znalezione obrazy dla zapytania młody papież

fot. mat. prasowe

Bynajmniej znakomitą, większość seriali cechuje zarówno dziś i zawsze rodzaj zakamuflowanej płycizny. Kiedyś serial kręciło się wokół nieustannej zdrady, mezaliansów, kazirodczych zapędów nie tylko bohaterów „Mody na Sukces”. Tylko miłosne kamienne kręgi interesować miały ludzkość.  Czasem zdarzała się tradycyjna rodzina (patrz Państwo Walsh z BH 90210), ale nigdy o takiej nie powstał serial  Poszukajmy więc miłości w serialu. Nie przypominam sobie, żeby ktoś z „Gry o tron” kochał czule i wiernie (Samwell Tarly może? Chociaż z czasem…). Nie przypominam sobie, żeby ci, którzy zachowali pozory staroświeckiej komórki społecznej pod tytułem „rodzina” dotrwali do drugiego sezonu. Wartości, które niosą seriale są antywartościami. Dziś sednem namiętności jest seks i władza.

A bohaterowie? Doktor House.  Genialny doktor medycyny leczy ciała pacjentów, ale rani dusze i umysły bliskich. Frank Underwood wyrafinowany polityk, ale morderca, który powinien siedzieć. Podwójne dożywocie. A Hannah Baker i jej koledzy to stereotypowa ćwierćinteligentna młodzież z Ameryki, której nikomu nawet nie jest ich żal. O to chodzi? Na takich ludzi mamy potrzeć przez długie godziny naszego życia? Z nimi mamy się utożsamiać?  

Znalezione obrazy dla zapytania dr house

fot. mat. prasowe

Przemysł serialowy to złota kura, wydziobująca z naszych mózgów. Wydziobująca wymagania. Pozostajemy  z przejmującym uczuciem „co będzie dalej”, niezdrową potrzebą wydobycia kolejnego czipsa z paczki. Wiemy dobrze, że smak będzie dokładnie ten sam, jak poprzednio: sól i tłuszcz, ale przyjemność chrupania chorobliwie uzależniająca. Ostatecznie każdy odcinek jest przecież identyczny. Zero wartości odżywczych, zero nowych doznań smakowych. Pustka taniego intensywnego smaku.

Prawdopodobnie chcielibyście wrócić do tej niejednoznaczności bohaterów.  Pewnie myślicie, że ich moc tkwi w wielowymiarowości i psychologicznej złożoności, a to krok milowy charakterystyki postaci całej kinematografii.

Nie. Zauważcie, że nasi bohaterowie nie są złożeni, tylko źli.

To łotry, szuje i bawidamki. To kondensacja cech charakterystycznych umysłom wybitnym z tymi, które właściwe są dla ludzi małych, dotąd pozostawionych na marginesie społecznym i każdym innym marginesie. Relatywizm moralny i hedonizm etyczny. Oto nowa droga, którą wyznaczają nam seriale. Równia pochyła, która przykuwa nasze oczy do monitora, przygniata nasze karki i rozmiękcza kręgosłupy. To samo jest w kinie, powiecie. Nie jest. Jeśli nie wybieramy sobie z rozmysłem ambitnego repertuaru, to rzeczywiście sieciówki nie traktują nas, jak Homo Sapiens Sapiens i proponują raczej rozrywkę niż moralne niepokoje. Ale nie traktują nas też jak Homo Erectus. Z naciskiem na erectus, bo tak traktuje nas serial. Pod przykrywką ambitnej alternatywy.

 

Paula Wakuluk