Archiwa tagu: kino polskie

Vegański Smarzowski. “Botoks” – recenzja.

W kilku słowach wyjaśnię może, co trzeba zrobić, żeby zrozumieć, że “Botoks” to dobre kino.
Raz: wziąć pod uwagę, że Vega robi dla mas. Dla mas, które posiadają wszelkie mas przypadłości. To nie jest u diaska zaangażowane kino szwedzkie, tyko polski film z Agnieszką Dygant! Mam wrażenie, że raptem wszyscy krytycy pomylili Vegę ze Smarzowskim! Hej! Vega zrobił “Ciacho” i “Last Minute”! I “Pitbulla”, który raptem stał się niemalże “Psem Andaluzyjskim”.
Dwa: Smarzowski. Gdy najwybitniejszy polski reżyser dekady zrobi film o dramacie alkoholizmu przeplatany debilnymi gagami o pijaczkach (“Pod Mocnym Aniołem”), to są oklaski. Gdy taki zabieg zastosuje Koterski (“Wszyscy jesteśmy Chrystusami”) też są oklaski. A gdy Vega (koleś zrobił “Ciacho” i “Last Minute”) zrobi dokładnie to samo, to zamiast braw są okrzyki, że ” kloaczny dowcip oraz uwłaczanie inteligencji widza” (koleś zrobił “Ciacho” i “Last Minute”!!!).

Znalezione obrazy dla zapytania botoks film
Trzy: może chodzi zatem o Agnieszkę Dygant, która nie jest Kingą Preis i Janusza Chabiora, który jest Arkiem Jakubikiem? Chabior jest aktorem świetnym, to wiemy, ale że Dygant nie jest Nianą Franią, możemy dowiedzieć się dopiero z “Botoksu”. Brawa powinny też dostać Bołądź, Warnke i Żukowska. I, niech mi Bóg wybaczy, Oświeciński. Jego Darek jest dużo bardziej człowieczy, niż wszelkie poprzednie marionetkowe role, które skupiał na barkach i z trudem brał na klatę. (Przy okazji, czy tylko ja uważam, że Stramowski jest okropny?) A role kobiece? Vega ma dar do ról kobiecych, ale po raz pierwszy nie jest to banda rzucających kurwami idiotek przekalkowanych z “Lejdis” (reż. Tomasz Konecki), tylko Kobiety pożarte przez dramatyczną codzienność. Od tej z meliny na Pradze, przez tę, której pracą jest usuwanie ciąż, aż po tę, która straciła władzę nad sobą, na rzecz leków uśmierzających ból. W “Botoksie” wszystko boli.

Znalezione obrazy dla zapytania botoks film
Zatem pięć: to nie jest komedia. Tu się nie ma z czego śmiać, a początkowa sekwencja scen z karetki, to nie jest wyobraźnia Vegi, więc jeśli komuś się niedobrze robi, bo zoofilia i rzygowiny, to niech sobie pomyśli, że to jest życie, a nie film.
Sześć: to nie jest film o botoksie. To jest film o tym, jak się poddajemy. Nie wiem, czy wiecie, ale jakieś 90% z nas uważa, że jest niepodatna na komunikaty reklamowe i nie ulega manipulacjom medialnym. Dlaczego zatem rynek suplementów diety jest jednym z największych w Polsce? Dlaczego nieustannie pojawiają się coraz to nowe reklamy, coraz to nowych leków, na coraz to nowe choroby? Dla kogo one są, jeśli nie dla nas? A no tak! Dla tej masy, do której my się nie zaliczamy.
Pytanie na koniec: dlaczego masa, która kocha “Ciacho” i tłumnie pójdzie na “Listy do M3” z Karolakiem, tak bardzo krytykuje “Botoks”?

 

Paula Antipow

fot. materiały prasowe

Idź do kina! – Kino Oddycha poleca

Jesień nas rozpieszcza. Październik uderzył po oczach kolorami szarych sztalug Beksińskiego i płomieniem gaszącym wyobraźnię w “Wołyniu” (już ponad milion widzów). Od piątku w kinach, tym razem listopadowe kryształki. Mgłą kolorowych światów nierzeczywistych oczy zasnuje “Za niebieskimi drzwiami”. To nie jest kino wybitne, ale film dla młodzieży wyjątkowy. Raz, elementy horroru przerażają, dwa, zaczarowana kraina tonie w efektach specjalnych, miasto ukryte za niebieskimi drzwiami nie tylko przypomina wizje Yerki, ale zakład krawiecki, nazwany Krwawiec, zwala z nóg. Pandora z “Avatara” to to nie jest, ale, znów muszę to powiedzieć, jak na polskie warunki, jest naprawdę dobrze.
Znalezione obrazy dla zapytania za niebieskimi drzwiami
Niedobrze się robi patrząc na wizję wojny Mela Gibsona, czyli po raz kolejny tej jesieni możemy przekonać się, że wojna to piekło. Minęły czasy bohaterów, romantycznej miłości panien zostawionych przez dzielnych mężczyzn, czystych mundurów i takichże idei. Wojna to szczury, krew, flaki i latające kończyny. Mel Gibson prowadzi swoją rewizję, pokazując, że nie jest zwycięzcą ten, co ginie w imię ojczyzny, tylko ten, co ratuje ludzkie życie. “Przełęcz Ocalonych” to kino wojenne najwyższej próby, a przy okazji Gibson udowadnia, że jeśli powstaje najlepsza w kinematografii scena batalistyczna, on na pewno zaraz robi lepszą.
Znalezione obrazy dla zapytania przełęcz ocalonych
Do zobaczenia jeszcze “Jestem mordercą”, “Służąca” w kinie Forum, “Ja, Daniel Blake” w Kinie Konesera i “Światło między oceanami” w Kinie Kobiet. Każdą porę roku można spędzić w kinie, ale całe szczęście mamy jesień :)
 
 
Paula Wakuluk
fot. mat. prasowe

“Kamper” film, który cię wytłumaczy – recenzja Pauli Wakuluk

W kinach do obejrzenia KAMPER film. Porywający temat! Bo o nas!

Grzegorzek wyczuł temat, który zawsze będzie na czasie. Dopóki pokolenie urodzonych w latach 80. nie umrze. Bo to się doskonale sprzedaje, to całe pokolenie Y, JP2, generacja nic, dzisiejsi trzydziestolatkowie, wyż demograficzny, wyniki seksu stanu wojennego, dzieciaki transformacji, millenialsi i setka innych określeń, czyli usprawiedliwień dla rozwydrzonych gnojków, którzy lenistwo okrzyknęli prokastynacją, a informacje o sobie czerpią z tekstów na Facebooku:
>>Gratulujemy! Jeśli wiecznie się spóźniasz i masz syf w pokoju, to znaczy, że jesteś nieprzeciętnie inteligentny!<<
Tym razem głosem pokolenia nie będzie nimfomanka z Nowego Jorku ani nawet pulpecik z Londynu, tym razem będzie to Kamper z Warszawy. Chłopaczek w wieku naszych starych panien, tfu – singielek, tylko, że żonaty. Ale to facet, więc jest tak samo skreślony jak stare panny, bo zamiast szukać męża, zawsze będzie szukał powrotu do dzieciństwa, w której najfajniej było na rybach i na trzepaku. A nie, czekaj, my już mieliśmy Atari, najfajniej się gra w gry. Kamper uczynił hobby swoją pracą, choć wspomina, że jej nie znosi.To chyba symptomatyczne, narzeczeństwo też jest lepsze, niż małżeństwo.

zzona

Z małżeństwa zrobił sitcom, wszystkie dowcipy robi swojej żonie w mieszkaniu, na kanapie i w szafie. Jest bez wątpienia zabawnie i dobrze, bo jeśli wszystko inne zawiodło, oni potrafią się wciąż wspólnie śmiać w tym małżeństwie. Ma kumpla i przyjaciółkę, bo nasze pokolenie postanowiło, że istnieje przyjaźń damsko-męska. Jego żona też jest jego kumpelą. Nawet w łóżku. Dlatego Kamper w końcu przegrywa z kimś, kto weźmie ją jak prawdziwy mężczyzna. Kimkolwiek on będzie, bo z definicji Grzegorzka wynika, że to knypek bez polotu, ale z telewizji. Z telewizji, którą genialnie podsumował Koterski w “Dniu Świra” i którą świetnie kondensuje w kolorowej nowelce Grzegorzek, jako przegadaną i przejaskrawioną pustkę wypełniającą nasze domy w prime timie. A jednak reżyser utrzymuje, że ktoś, kto robi z siebie idiotę przed kamerą może być prawdziwym mężczyzną, a ktoś, kto robi z siebie idiotę w domu, w którym zagnieździł się tylko z ukochaną – nie. Takich nielogiczności jest w “Kamperze” kilka. I kilka łatwizn i stereotypów. Może celowo, bo przecież nasze pokolenie nie rusza już głową. A może dlatego właśnie.

knypek
Historia warszawskiego młodego małżeństwa jest jak te ckliwości, które kiedyś opisywał “Poradnik Domowy” albo inne poradniki dla gospodyń, a których teraz pełno w “Charakterach” magazynie pf psychologicznym:
Bla bla bla kochali się najbardziej na świecie, ale poziom serotoniny opadł (ej, nie wiedzieliście, że to się stanie?! Każdy przypadkowo spotkamy na ulicy Lew Starowicz ci o tym powie! Najwyżej dwa, trzy lata i po sprawie, trzeba szukać nowego dilera, bo mózg się przyzwyczaja! Przecież to wiedzą nawet dzieci! Miłość to żadna metafizyka, to hormony, chemia, choroba psychiczna!). Opadły inne organy, podnosić się trzeba będzie już poza domem. Jedno znalazło teoretycznego mężczyznę, drugie w odwecie wikła się w romans z płomienną kobietą. Lodowaty romans. Faceci lecą na ładne cycki, laski na pozycję społeczną, wiadomo. Jedno i drugie nie kocha swojego kochanka. Kamper i Mania kochają się wzajemnie, ale nic już nie jest jak na początku, więc szukają sobie początków z innymi ludźmi.

hispanka
“Kamper” to świetny obrazek, generator autorefleksji, doskonała ścieżka dźwiękowa, scena tańca, wspomniany wyciąg z telewizyjego gówna, a relacja między Nieradkiewicz i Żurawskim obłędna.
Nie mogę jednak zrozumieć, skąd przyzwolenie na infantylność. Niby i w latach 20. faceci bywali dziecinni, dojść poczytać Gombrowicza, który mówił o sobie: ”Biedny pajac! Bliski czterdziestki, wiodłem życie dwudziestolatka”. Niby jeszcze wcześniej powstała powieść o niejakim Piotrusiu Panu.
Tylko, że to dla nas żadne przykłady. Ni Kamper ni Gombrowicz. Ni Bradshaw ani nawet Jones. Czy ktoś w końcu zauważy, że Freud zrobił nas w konia? Wieczna pogoń za zaspokojeniem popędu prowadzi do obłędu, wkręca cię w niekończącą się spiralę zdarzeń, które są ładne i puste. Jak kolorowe neonowe kwadraty, co migają w głowie, wspomnienia miłości przyćmiewają jej obraz: “nigdy nie mogłem ci kurwa wystarczyć, co?”
Mam to samo. Mam trzydzieści lat i przestało być ważne, że nikt mnie nigdy nie kochał bardziej. Czekam na następnego, to znaczy, na następny film który tym razem będzie mądrzejszy ode mnie.

Paula Wakuluk

fot. mat. prasowe

kamoer

Kino Oddycha Latem

Jest coraz cieplej, w kinach coraz gorsza filmy, zaczyna się sezon festiwalowy, czyli Kino Oddycha zmienia swoją formę na lato. Tylko dwa z powyższych stwierdzeń są prawdą, które?

Słuchajcie Akadery w każdy piątek od 15.00 (oraz codziennie od 14.00 do 13.59). 

Kino Oddycha latem szykuje jeszcze więcej niecenzuralnych treści, recenzji obrazoburczych, komentarzy poniżej poziomu, muzyki rodem z “Glee” i osobistych wycieczek w stronę Leonardo DiCaprio.

Nie puszczajcie tego mimo uszu i na wszelki wypadek nie wyjeżdżajcie na wakacje dalej, niż sięga 87,7 Fm. A tutaj folder promujący okolicę, którą Kino Oddycha latem poleca szczególnie. I w zasadzie wyłącznie. 

czastka

“Disco Polo”, czyli wolność i swoboda w Kino Oddycha

Disco polo to jest nowa hipsterka.  Zdanie „nikt nie słucha, a wszyscy znają słowa” jest już dawno nieaktualne, bo disco polo przestało być obciachem, a stało się symbolem, ikoną, inspiracją i w końcu filmem. Rzecz kiedyś wstydliwa dziś urasta do rangi sztuki z kategorii jeleń na rykowisku, czyli może i przekracza  granicę kiczu, ale jednocześnie staje się centrum sentymentu, a także sentymentalizmu.

„Disco Polo” film o przaśnej rzeczywistości lat 90 w Polsce, gdy platońską ideą była Ameryka, a my jej wiernym cieniem. O czasach, gdy myło się i prasowało plastikowe reklamówki. O czasach, gdy wszystkie, powstałe na kiełkującym kapitalizmie małe biznesy nosiły anglojęzyczne nazwy. O czasach karykaturalnych i dziwacznych, którym to dziwactowm pan Maciej Bochniak dorysowuje wąsy. Jakby mało było groteski w tamtej rzeczywistości, reżyser parodiuje coś, co samo w sobie stanowiło sedno absurdu.  Szkoda, że zamiast wykpić ten śmieszny tatuaż w kształcie trybala, który pozostawiły na naszej psychice lata 90, disco polo proponuje logiczną tautologię. 

 Jeśli jednak potraktować film, jako metaforę lat minionych, to wszystko się zgadza – jest kolorofonia i wszechobecna pustka, czyli spadająca gwiazda spełnia sny. Trochę szkoda, że spaść musi akurat gwiazda Tomasza kota, który może chciał oderwać się od szarości i posępności „Bogów” i rozpalić serca gorącą rolą Polaka, przekoloryzowanego discopolowego magnata. Decyzja to była szalona mówię ci. Przepał Kot w tym worku pełnym filmowego badziewia, które nazywa się w języku filmowców kliszami bądź nawiązaniami. I tak natkniemy się w disco polo na Spilberga,  Hanekego , Tomasa Andersona albo Ogrodnika.  I tu jest pies pogrzebany i to ogrodnika pies! Niby są wielkie nazwiska, śmietanka polskiego kina, najbardziej nośmy temat na świecie i najlepsza muzyka w mieście, a jednak nic tam nie ma. Film jest pusty jak bęben, przepraszam za nadużycie  – Rolling Stonesów.

Miło się patrzy za to na tę pstrokaciznę kadrów, nie pamiętam drugiego takiego filmu, w którym polska rzeczywistość nie jest szara. Bochniak posuwa się jednak za daleko. Początek rodem z westernu jest całkiem interesujący, ale ubieranie Polski w Amerykę za wszelką cenę jest już stroszeniem piórek, czy produkowaniem wydmuszki. „Disco Polo” to mógł być dobry klip. Nieangażująca fabuła, świetne obrazki i muzyka,  którą można znosić nie dłużej, niż trzy minuty. Disco Polo to pomyłka, także jako film.

 

Paula Wakuluk

fot. materiały promocyjne

Kocham cię Hardkor Disko

HARDKOR-DISKO-no-trailer-fb-1024x429

Chyba się zakochałam.

Wyobraź sobie.

Widzisz go tylko raz i już zaczynasz robić rzeczy, na które nigdy wcześniej byś sobie nie pozwoliła, idziesz za nim, bo on chce. To jak amok przemieszany z marazmem. Chcesz to powtórzyć, ale podskórnie czujesz, że on może nie mieć ci nic do zaoferowania. Tak mało mówi, to jest seksowne, ale może okazać się, że zwyczajnie nie ma nic dopowiedzenia.

No i co z tego!? Chcę do niego wrócić! Nawet jeżeli „Hardkor Disko” to tylko kolejna impreza,  której treść jest ograniczona, niczym dawka kokainy, to i tak ja tu zostaje „do umarcia”. Na pierwszy rzut oka może się wydawać mało, ale przecież kopnie, musi kopnąć i „dopie*dolić zmysły”, obiecywali przecież w zwiastunie, wszyscy widzieliśmy, słyszeliśmy będzie hardkor.

Nie będzie.

Będzie.

Zależy, co masz na myśli. Czy wolisz żywncem zamarznąć, czy spłonąć. Której opcji byś nie wybrał, będziesz czuł wszystko dokładnie w każdej chwili, aż do napisów końcowych. „Hardkor Disko” albo rozpala do czerwoności albo studzi emocje faktem, że debiut Skoniecznego nie jest tak głęboki jak jego off.

Obraz odurza, sczytujemy każdy pojedynczy kadr, każdą grudkę tego psychotycznego amoku wcieramy sobie w mózg, a jednak może zostawiać intelektualny niedosyt. Wszystko jest dokładnie jak w życiu, jak mogłoby być, jak byśmy chcieli, żeby było, żeby tak wyglądało. Trzeba wziąć najlepszy melanż, najfajniejsze laski i chłopaków, wycisnąć z nich esencję, dobrze podświetlić i dać podkład muzyczny, szybki montaż i nie chce się wracać do domu. Jesteśmy częścią tego teledysku, na kinematograficznym haju, łykamy pigułki z napisem „Jarmusch”, „Kieślowski”, „Haneke” wszystkie są dobre.

Skonieczny nie odkrył prochów, on syntezował nowe ze sprawdzonych ingredientów, do czego przyznaje się w dialogach.   Wszystko jest powiedziane, nie ma pretensji. Nieustająca impreza przerywana jest aktami zbrodni, ascetycznymi, surowymi;  śmierć jak w życiu, bywa niewidowiskowa, a do tego wydaje się być nieuzasadniona. Ale to nie miał być przecież film o zabijaniu, tylko o rozpaczliwej miłości, o poszukiwaniu tożsamości, jak chciał reżyser. Marcin (Kowalczyk) doskonale wie co robi, wszystko przemyślał, obsadził role, przypisał winy i będzie wymierzał sprawiedliwość, bo jest buntownikiem. I przez tę kontestatorską pozę jest pociągający do tego stopnia, że można my wybaczyć nawet zbrodnię. On z nami gra, być może chodzi o rozszyfrowywanie metafor, zrywanie kurtyn, można dać się wciągnąć lub nie. Może rodzice symbolizują tu pokolenie, które zostawiło młodych samym sobie? A może Skonieczny udowodnił nam właśnie, że przeżarła nas popkultura, że życie stało się tylko ilustracją, że sens jest nieabsolutystyczny, że nie ma już czego szukać, nie ma na co czekać. Jesteśmy dobrze ubrani, ładni, żyjemy w designerskich wnętrzach, a imprezy są malownicze. Interesujemy się czymś, dokładnie nie wiadomo czym, ale jesteśmy bohemą, nie musimy wiedzieć, jesteśmy artystami.

Nie każdy musi łykać stymulanty Skoniecznego, nie każdy nabierze się na jego wizje i rzekomą iluminację, dlatego za najbardziej trafione uważam porównanie „Hardkor Disko” do „Spring Breakers”. Magia muzyki i zaklinanie obrazem  trącą próżną przepychanką na nowe szaty króla. I tu jest to zwierciadło, w którym ma się przejrzeć nasze pokolenie, nie w treści tylko w formie, bo my jesteśmy o niczym. Trochę o miłości, trochę o wódce i narkotykach, trochę o seksie i filmach. O niczym konkretnym. Zupełnie jak ta recenzja.

 

Paula Wakuluk

butelka