Archiwa tagu: Emma Roberts

Majówka z kasetami video. Paula Wakuluk poleca filmy

radclifeCo obejrzeć w majówkę?

Co prawda się przejaśnia, ale należy być konsekwentnym. Majówka miała być zimna i deszczowa i tego się trzymajmy. Nie wychodźmy z domu i oglądajmy filmy.

Proponuję zacząć od „Człowiek – scyzoryk”. Można włączyć sobie w kuchni, przy okazji obierać ziemniaki albo miesić ciasto. No pod warunkiem, że nie jesteście obrzydliwi. To znaczy znosicie z godnością pierdy i nie odwracacie oczu na widok człowieka, który ciągnie trupa. Albo tuli. Albo całuje. Albo dotyka w intymne miejsca. Przez cały film. I jeszcze z nim gada, a ten mu odpowiada. Na tyle na ile może mówić naturalnie, bo szczęku mu już zwisa, jak to u trupa. Rolę zwłok brawurowo odgrywa Daniel Radcliffe. Tak, rola życia to doskonałe określenie tego co wyczynia martwy dorosły Harry Potter. Partneruje mu Paul Dano, jako poczciwy chłopaczek, którego nikt nie lubi, bo jest nie tylko brzydki, ale na litość Boską, ciąga trupa! Są podstawy, żeby unikać takiego ziomka, ludzie to wiedzą, dlatego Hank jest samotny i też chciałby być trupem. To jest przepysznie zagrany film i łakomy kąsek, dla tych co lubują się we wszelkiej oryginalności popadającej już w słodki absurd. Odważny, oryginalny, obleśny i raczej o niczym. Oczywiście możecie znaleźć tu historię samoakceptacji i podróż ku zrozumieniu własnego ja, ale będzie to raczej rodzynka w serniku, niż wisienka na torcie. Ale! Znać film Kwana i Scheinerta trzeba. Nie koniecznie obejrzeć cały, jest bowiem pewien poziom przyzwoitości, którego przekraczać ludzie kulturalni nie powinni, ale zapoznać się z nieokiełznaną fantazją debiutujących scenarzystów i reżyserów oraz przekonać się na własne oczy, jak film staje się sprawą dosłownie gównianą.

Znalezione obrazy dla zapytania człowiek scyzoryk

“Człowiek scyzoryk” fot. youtube

Większego skupienia wymaga „Nauczycielka”. Losy kolejnych rodziców wplątanych w podejrzaną grę  podlegającej regule wzajemności, odkrywane są po kolei, na zasadzie retrospekcji. Nauczycielka (świetna Zuzanna Maurery) ma twarz anioła, to matka w naszym drugim domu, w szkole. Co takiego mogła zrobić ta złota kobieta, że zwołano nadzwyczajne zebranie rodziców, bo niektórzy chcą by odeszła? A co ty byś zrobił, żeby twojego dziecko odebrało solidne wykształcenie? No dobra, żeby miało dobre oceny. Świadectwo z paskiem. Drobna przysługa to chyba nie jest wygórowana cena? Słono zapłacimy jednak przetrąconym kręgosłupem, nękającym sumieniem, permanentnym, niewygodnym przecież poczuciem terroru. To były czasy pięknych tapet i dostojnych plakatów propagandowych. Wszystkiego brakowało i trzeba było sobie pomagać. W którym momencie jednak zaczyna się granica? Jak dużo może władza? O słodka Czechosłowacjo epoki słusznie minionej. Czy na pewno minionej? Obejrzyjcie „Nauczycielkę”, a później rozejrzyjcie się wokół. I jak?

Znalezione obrazy dla zapytania nauczycielka ucitelka

“Nauczycielka” fot. mat. prasowe

Słońce zajdzie dziś o 19:56, czas na horror. No dobrze, nie każdy lubi, więc chociaż thriller: „Split”. Obłędny James Mc Avoy. Wysokie napięcie, zwroty akcji na swoim miejscu, parada postaci i tajemnica. Krew oczywiście też, ale z rozsądkiem. A dla koneserów kina gatunkowego „Zło we mnie”, chociaż wolę oryginalny tytuł „February” (sic!). Kolejny w naszej majowej kolekcji film zagrany, jak z nut. Aplauz dla Emmy Roberts!  To nie jest horror w stylu Jamesa Wana, co jest plusem. To jest horror w stylu „It follows” i jeszcze lepszy! To jest horror w naszych głowach, który dzieje się wolno, gęstnieje z minuty na minutę, sztywnieją nam zmysły, nie możemy się ruszać, a przecież nic się nie dzieje. No niby jakiś szatan być może, jakieś morderstwo we flashabackach. Ale żadnych krzyków, strachów, noży, krwi. Tylko groza. Niepowtarzalny, smolisty klimat. Olbrzymi kawał dobrego kina. Najlepsze co ostatnio widziałam, a widziałam parę dobrych filmów. No dobra, jeśli już wyjdziecie z domu, to idźcie na Wiosnę Filmów. Szczególnie polecam “Aquarius”.

Znalezione obrazy dla zapytania february movie

“Zło we mnie”, fot. mat. prasowe

Deszczowej majówki <3

Paula Wakuluk

 

 

 

“Nerve” w kinach – recenzja Pauli Wakuluk

Przeszło Wam przez głowę, że Wasze zdjęcia z wakacji na tle Wieży Eiffla, Wasze śpiewanie do kamerki samochodowej, Wasze dzieci na profesjonalnej sesji, Wasze fotografie z dyplomem magistra, Wasze zdjęcia z koncertów i czilu przy grillu są z poprzedniej epoki?
Czy wiecie, że my, pokolenie dzisiejszych trzydziestolatków jesteśmy januszami Facebooka? A już na pewno Snapa i Insta? Jesteśmy archaiczni i śmieszni dla młodszych o połowę dzieciaków, które patrzą na nasze rozterki dotyczące podziału na świat realny i wirtualny, jak my patrzyliśmy na babcię, która rozmawiała z postaciami z telewizora. Serio.
Nasze dzieci urodziły się w świecie szczelnie opatulonym przez internetową sieć, która wrosła w Matkę Ziemię i nie starają się Internetu oderwać od “prawdziwego życia” bo on jest jego integralną częścią. 

Znalezione obrazy dla zapytania nerve movie

W filmie “Nerve” podglądamy młodzież, która zrobi wszystko, żeby skupić na sobie uwagę i to jest nihil novi sub sole. Wszyscy potrzebujemy uwagi i każde pokolenie tworzy coraz to nowe sposoby na jej osiągnięcie. Jak? Przekraczając granice naturalnie. Ktoś wymyślił awangardę, ktoś abstrakcję, ktoś się rozebrał na scenie, ktoś inny wylizał mikrofon, a ktoś kogoś innego i wrzucił to do netu. Możemy załamywać ręce nad stopniem demoralizacji młodzieży, tak jak nasi rodzice załamywali je nad nami. Możemy (obiektywnie) oceniać, że granice zostały przekroczone w stopniu ostatecznym, bo w każdej chwili ktoś emituje swój stosunek seksualny na żywo gdzieś w Internecie, ale gdzieś ktoś też transmituje swoją albo czyjąś śmierć. Ale ruszyła maszyna.
Trudno opisywać “Nerve” bez analizy socjologicznej, nawet jeśli nie jest to kino ambitne, które w umiejętny sposób wyrywa nam dziurę w mózgu, jak “Benny’s Video” Hanekego. Ale ostatecznie przestrzega przed zwyrodnieniem powodowanym nowymi mediami. Zastanawiamy się, co jeszcze zrobią nasi bohaterowie, by inni śledzili ich w grze pt.Nerve.

Znalezione obrazy dla zapytania nerve movie

Film jest ekscytujący, łatwy i ładny. Traktuje o szalonym życiu na krawędzi, o tym, jak ekstremalnie silnych wrażeń potrzebuje młodzież i o tym, że podstawowe relacje i emocje są niezmienne od kilkudziesięciu lat. No, przynajmniej w filmach, które oglądała pani reżyser Jessica Sharzer. To wciąż działa: ktoś kogoś kocha, ktoś nie, ktoś się z kimś przyjaźni a potem kłóci. Przyjaciółkami jest się dziś tak długo, jak długo ta druga nie dostanie więcej lajków. W zemście najlepiej przespać się z platoniczną miłością byłej już przecież przyjaciółki. Ta zagrywka już nikogo nie gorszy, gorszy jest tylko owczy pęd za uznaniem w Sieci. Można się obnażyć albo rozebrać. Można kraść i kochać. Dla polubień! Chłopak imieniem Ty, uzależniony od adrenaliny post cyber punk z procesorem zamiast serca gotów zabić dla pierwszego miejsca na liście ulubionych graczy w systemie Nerve.
Szkoda, że twórcy wmieszali w ten system pieniądze, bo to zakrzywia obraz rzeczywistości wirtualnej. Bo dzieciaki nie potrzebują pieniędzy, żeby wykonywać te wszystkie absurdalne zadania. Nikt Wam przecież nie płaci za to, że długie godziny spędzacie poszukując Pokemonów, co nie? Ktoś Wam odda stracony czas?

Znalezione obrazy dla zapytania nerve movie
Oddać może Wam cześć tysiąc Waszych followersów. Nowy Cezar, który gdy opuści kciuk, skazuje cię na śmierć. A dla kciuka w górę ryzykuje się życie – zacięcie pedagogiczne w filmie wybrzmiewa w co drugiej scenie, żeby wystawić sobie marną notę zakończeniem rodem z lat 90. Bo kogo dzisiaj poruszy wyklad o tym, że w sieci nie jesteśmy anonimowi? Przez to zakończenie Sharzer ostatecznie zdemaskowała swoją ignorancję w kwestii zaburzenia psychicznego krótko zwanego “social media”. “Nerve” nie sprawi, że następnym razem piętnastolatka zastanowi się, czy warto pokazywać biust w Internecie. Dzieciaki wciąż będą z lubością zaplątywały się w sieci z mózgiem pełnym haczyków, zarzuconych przez dorosłych specjalistów od programowania coraz to nowych rozrywek.
Co paradoksalne, film trzyma w napięciu najbardziej podczas dramatycznych wyzwań, jak chodzenie po drabinie rozciągniętej pomiędzy wieżowcami na wysokosci 10 piętra. O ironio, sceny zapierają dech w piersiach i sami jesteśmy na tej szalonej wysokości, a serce wali na cała salę kinową.
To jeszcze nie jest fimowa psychoanaliza, na która czekamy. Ale warto sprawdzić, jak kinematografia zyskuje nowego demona, jak powoli w cywilizacji zachodnioatlantyckiej rodzi się nowa obsesja. Szkoda, że twórcy nie przypomnieli na koniec że autentyczna bliskość nie rodzi się z adrenaliny i setek tysięcy lajków, tylko z… prawdziwej bliskości. To ostatnie zrozumieją tylko staroświeccy użytkownicy Facebooka.