Archiwa tagu: dramat

“Służąca” estetycznej i erotycznej rozkoszy. Recenzja Pauli Wakuluk

O tym, jak nie zrozumiałam “Służącej”

Pociąg filmowy do Japonii, czy Korei jest gwarancją niebezpiecznej acz ekscytującej przeprawy. Od setek lat wybierany przez dziwadła i kurioza, niezmiennie wyczekiwany na oblężonych stacjach przez pasażerów żądnych wiedzy i niepojętych emocji. W ciasnym przedziale, siedzą naprzeciwko siebie, stykając się kolanami Zachód i Orient, patrzą sobie w oczy, milczą. Nie zrozumieją się nigdy, ale mogą się dotykać, próbować, ba! Nawet się w sobie zakochać. Albo uprawiać stosunek, co zdaje się uprawiają twórcy “Służącej”.
Nie odnalazłam w tym filmie tego, co widzą krytycy i recenzenci wszelkiej maści, jurorzy i specjaliści, reżyserzy i Quentin Tarantino. Gdyby Chann-wook Park zatrzymał się po Pierwszej Części swojego dzieła, zamyślił się, chwycił gumkę do ścierania, być może uniknąłby scen, które zamazały obraz. Tymczasem on zafiksował się na zupełnie innej gumce.

Znalezione obrazy dla zapytania ah-ga-ssi
To prawda, ta piękna w odbiorze historia nie jest opowiedziana, ona jest kaligrafowana. Jest misternie złożona, niczym najbardziej skomplikowane orgiami modułowe, element za elementem, zagięcie po zagięciu, formowana w szokującą całość. Z początkiem Drugiej Części otrzymujemy najcenniejszą filmową niespodziankę: wolność analizy poprzednich zdarzeń, przepyszną zamianę ról, odwrócenie perspektywy! Cóż z tego, jeśli po kilku minutach nam się to odbiera. Jakież było moje rozczarowanie, gdy szkatułka okazała się pusta. Wiedziałam już co będzie dalej, zatem cała Druga Część wydała mi się formalnością, a momentami nużącym nadużyciem, gdy zmysłowość i erotyka zamieniła się w perwersje i sprośności. Gdy subtelne obserwacje zamieniły się w chore fantazje niewyżytego dziada, kimkolwiek on jest: wujem, który psychicznie (i fizycznie) maltretuje siostrzenicę, czy Chan-wook Parkiem, który lubi obcinać ludziom kończyny, a i nie pogardzi kazirodztwem, sodomią i sadyzmem. Wybaczcie szczerość, ale nie mam nic przeciw poniewieraniu widza przez Hanekego, gdy psychologiczna męczarnia prowadzi do katharsis. Sprzeciwiam się wykorzystywaniu narzędzi tortur dla efektu oraz siłowemu udowadnianiu, że pornografia, to sztuka.
Już w Pierwszej Części “Służącej” pojawiły się przecież mocne sceny erotyczne wystarczające, żeby uwierzyć w miłość kochanek. Jeśli ktoś próbuje tłumaczyć zwycięstwo uciemiężonej płci pięknej nad patriarchalnym modelem społeczeństwa Korei, łóżkową sceną lesbijską, to jest głupi.
Kolejne łóżkowe ośmiornicze zawijańce były celem samym w sobie. Pozbawionym symboliki i sensu. Sam seks.

Znalezione obrazy dla zapytania ah-ga-ssiTe dwie kobiety, służąca i jej pani nawiązały jedną z piękniejszych filmowych relacji, właśnie dlatego, że na ekranie pokazały uczucie prawdziwe. Nie wolno mi zdradzać fabuły, chociaż sami się przekonacie, że zdrada zdrady, nie jest zdradą. I nie będę więcej opowiadać, dodam tylko, że Tae-ri Kim i Min-hie Kim stworzyły namiętny duet, który przywodzi mi na myśl „Życie Adeli”. Zresztą we francuskiej opowieści młode aktorki też odgrywały wielominutowe sceny cunnilingus i też nieistotne dla całości.
Naiwność Drugiej Części “Służącej”, pustka i desperacja Trzeciej, sprawiły, że pięknie zapowiadający się film okazał się snem zwyrodnialca. I teraz nie dziwi, dlaczego Tarantino odłożył przybory, dlaczego powiedział, że Park nakręcił bardziej tarantinowski od jego wszystkich filmów. Bo Park chwycił sedno, zanim oczy przysłoniły krocza, zanim ugrzęzło w kadrach wulgarnej Kamasutry, zanim zalepił miłość wydzielinami pierwotnych popędów śmierci i seksualności, które manierycznie usprawiedliwia się wciąż eleganckim anturażem, literaturą i … takimi filmami.

 

Ale zobaczyć to warto.

Paula Wakuluk

Fot. Materiały prasowe

“Bogowie” w kinach. Kino Oddycha Boga w sercu nie ma

Technicznie rzecz ujmując, Boga mam w mózgu, a nie w sercu i, technicznie rzecz ujmując „Bogowie” to dobry film. Jest charyzmatyczny bohater,  jest sprawa wielka i słuszna, są też trudności, które można pokonać przy odrobinie szczęścia i są sprawy nie do przejścia, które jednak da się przejść. I w zasadzie tyle. Ach, jest też dobra muzyka. Tomasz Kot już po raz kolejny wciela się w wielką osobowość z kocią zwinnością, tu zasłużony laur. Historia opowiada się sama, bywa dowcipna i dyskretnie wzruszająca.

Wszystko złożone w jeden organizm działa bez zarzutu. Dorzućmy też świetny dźwięk, zgrabny scenariusz (Rak) i sprawnie przeprowadzoną operację reżyserską (Palkowski).

Ci co chodzili do kina od wielkiego dzwonu, zwykle na „Wkręconych”, czy innego „Wałęsę”, później powtarzali jak litanię,  że polskie kino umiera, że komercja i w ogóle „ch” jak miłość. To zwykle oni padli przed „Bogami” na kolana i wykrzyknęli pod niebiosa Hosanna, ten Religa, to był dopiero Kot i w ogóle wspaniałekinojaknapolskie (jak słyszę ten ciąg, to już wiem, że oto mam przed sobą ateusza kina). Do tego Złote Lwy w Gdyni i boskie recenzje, sprawa zamknięta, można zrobić wypis – następny proszę. Widz przeżył, ma się dobrze i będzie cieszył się zdrowiem do kolejnej polskiej produkcji, po której ponownie zacznie narzekać na łupanie w krzyżu i ciśnienie.

Aż do kolejnego objawienia.

Nie wyrzeknę się „Bogów”, bo są dobrzy, ale nie umiem odnaleźć w nich tego geniuszu, o którym wszyscy piszą. Mogę zrozumieć geniusz postaci, o której jest ten film i talent twórców, ale zabrakło mi tu… serca.

 

 

Paula Wakuluk

fot. materiały promocyjne

Normalny film o życiu. Kino Oddycha poleca: “Boyhood”

„W jednej chwili koleje życia stały mi się obojętne, klęski jako błahe, krótkość złudna (…). Cofam się myślą do chwili, w której wypiłem pierwszą łyżeczkę herbaty (…)i nagle wspomnienie zjawiło mi się. Ten smak to była magdalenka cioci Leonii.”

A tobie z czym kojarzy się dzieciństwo?

Richard Linklater uważa, że najczęściej zapamiętuje się nastrój chwil, pojawia się luźny ciąg niepowiązanych ze sobą sytuacji. Pozornie nudnych i niewiele znaczących.

boyhooI taki właśnie jest „Boyhood”, który opowiada o transformacji chłopca w mężczyznę w sposób tak niepretensjonalny i zwyczajny, że fascynujący. Złożony z kilkunastu scen z życia w prawie trzygodzinną letnią przygodę, jaką jest dzieciństwo i młodość. Ellan Coltrane miał 9 lat, gdy padł pierwszy klaps, następne padały raz do roku przez kolejne 12 lat. Linklater, jego córka Lorelei, która zagrała siostrę Masona, Patricia Arquette (cudowna zarówno, jako matka, jak i kobieta, szukająca szczęśliwego życia, a wciąż znajduje to samo, tylko trochę inne) i Ethan Hawke (co za wąs!) , wszyscy przez te lata dyskutowali istotę przemijania i budowali wokół niej film, w którym starsza siostra Masona zmienia się w kobietę, zmienia mężów i domy ich matka, i poszukuje swojej drogi ojciec. Wszystko się zmienia (no prawie wszystko) i wszystko przemija,  nawet młodość jest przemijaniem dzieciństwa.

“Boyhood” nie chce stawiać wielkich egzystencjalnych pytań, mimo, że takie pytania zadają sobie bohaterowie. Każdy z nich szuka siebie niezależnie od tego, ile ma lat. To może oznaczać, że proces dorastania trwa tak naprawdę przez całe życie. Znajdziemy tu kilka ciekawych odpowiedzi, ot na przykład taką, że doświadczenie uczy, że doświadczenie niczego nie uczy, albo, że są na świecie  rzeczy wieczne, niezależne od upływu czasu, na przykład Beatlesi. Moda się zmienia, zmienia się nasza sylwetka i sylwetki aut na ulicach, zmieniają się fasony dżinsów i trendy w muzyce, ale to przecież tylko scenografia. Cała reszta, czyli ten magiczny mitologiczny krąg życia od wieków jest niezmienny, mimo, że wieki temu nie było X-boxa i Facebooka. 

 „Boyhood” to zwykłe życie.  Czasem boli, częściej bawi do rozpuku, jasne, że niekiedy się dłuży, ale innym razem mija w mgnieniu oka. Oglądając tę baśniową, prawdziwą historię w kinie, miałam wrażenie, że wszyscy czekają na punkt zwrotny, jakiś przełom, najlepiej tragedię większą, niż alkoholizm drugiego męża matki Masona. Tymczasem kulminacją normalności były napisy końcowe. Nie pamiętam drugiego tak niesiłowego i uczciwego filmu. „Boyhood” jest jak album rodzinny tylko trochę bardziej szczery, w którym zdjęcia pozowane przeplatają się z tymi robionymi z zaskoczenia i tymi z ukrycia. Poklatkowa ilustracja przeciętnej rodziny, może nieco mądrzejszej niż przeciętna, rodziny, która z przeciwnościami losu walczy rozumem i jednak, nie zważając na to, jak bardzo to ograny i staroświecki sposób – miłością.

 

 

Paula Wakuluk

Fot. Materiały Prasowe

Kino Oddycha poleca: twoje szczęście moim nieszczęściem – “Happiness” Toda Slonondza (1998)

Są tu przedziwne fryzury i niepokojące fasony ubrań, w których bohaterowie przeżywają szarpaninę moralności, symptomatyczną dla czasów, gdy już dużo było w kinie wolno, ale jeszcze nie wszystko. Tamto kino, traktujące o współczesności, zakłada szacowny woal, jednocześnie zrywając kurtyny. Obrazy o dramatach i nadziejach lat 90. są przedziwnie prawdziwe, aż ocierają się o „Dogmę”, generują gorzkie smaki sączące się z kolorowych kineskopów. Stanowią przygnębiającą, ale i wartościową przeciwwagę dla efekciarskiego kina tamtych lat.

kolorowe

Nie inaczej dzieje się w „Happiness” Toda Solondza. Jego szczęście aż ocieka przewrotną perwersją, pokazując nam zwykłych ludzi, którzy robią złe rzeczy, żeby osiągnąć spełnienie. Dla nas oni na zawsze pozostaną tylko zwykłymi ludźmi. Środek ciężkości Solondz kładzie na miłość własną. Jak daleko jesteśmy w stanie się posunąć, żeby wreszcie osiągnąć satysfakcję i co, jeśli możemy ją zdobyć tylko kosztem innych ludzi? Czy jeśli moje pragnienie szczęścia ingeruje w czyjąś przestrzeń, zakłócając ją, mam na zawsze pozostać nieszczęśliwy? Wszystko jak zawsze kręci się wokół miłości, bo to jej deficyt powoduje chroniczną samotność, która rodzi zaburzenia. Miłość to jedyny tak uniwersalny klucz do szczęścia. Bohaterowie „Happiness” spędzają życie na nieudolnej zabawie w ślusarza, próbując coraz to bardziej wynaturzonych metod na samozadowolenie, wkładając w jedną dziurkę wciąż niepasujące dorabiane klucze.

hoffman seymour

Szczególnie dobrze robią obrazowi doskonale obsadzone role. Najjaśniejszym blaskiem świecą Phillip Seymour Hoffman jako samotny półekshibicjonista i genialny Dylan Baker, który jest bodaj najmocniejszym elementem tej ludzkiej mozaiki. To na niego będziemy patrzeć ze zrozumieniem i obrzydzeniem zarazem i to jego postać będzie wytrychem do psychiki człowieka seksualnie zaburzonego i jednocześnie skończenie normalnego. Do tych dwojga dorzucam jeszcze wisienkę na torcie, Larę Flynn Boyle. Tę piękność pamiętamy z „Miasteczka Twin Peaks”, tutaj jako przekalkowana grubą kreską femme fatale jest połyskującym szkiełkiem w witrażu skrajnie różnych osobowości, które układają się w nieszczęśliwą całość amerykańskiego społeczeństwa.

Bo „Happiness” nie uszczęśliwia. Zasmuca i obrzydza, irytuje i uprzykrza życie. Dokładnie takie może być czasem nasze szczęście dla innych. W tym filmie Solondz posługuje się już pewną ironią i dorzuca dozę cynizmu. We wcześniejszym „Witaj w domku dla lalek” wybrał bardziej dosłowne środki, później, na przykład w „Palindromach”, eksperymentował z formą, zawsze jednak wybierał tematy ważkie i z lubością obnażał naszą hipokryzję. Naszą, czyli modelowo szczęśliwych ludzi, których toczy nowotwór psychicznych zboczeń, upchany po kątach eleganckich mieszkań, chowany po kieszeniach markowych ciuchów.

Niejaki Budda mawiał, że cudowne jest opanowanie umysłu, tak trudnego do opanowania (…), poskromiony umysł przynosi szczęście. Umysł może występować zamiennie z ludzkimi żądzami, jak się okazuje, tych nie da się opanować w dążeniu do szczęścia. Je trzeba zaspokoić.

 

Paula Wakuluk

 

Mężczyzna prawie idealny był raz w Kinie Konesera.

Według niektórych szablonów nasz bohater, którego polski dystrybutor określa mianem prawie idealnego, często nie wpisywałby się nawet w definicję tak zwanego prawdziwego mężczyny. Odpowiednie słowo nadaje rzeczy dopiero angielski tytuł: „The Almost Men” (prawie mężczyzna), choć i oryginalny „Mer eller mindre mann” (mniej więcej mężczyzna) dobrze oddaje charakter tego, o którym traktuje drugi w karierze film Martina Lunda „Mężczyzna prawie idealny”.

mer-eller-mindre-mann-bluray

Henrik (Henrik Rafaelsen) jest zabawny i to inteligentnie zabawny. Charakteryzuje go ten lekko absurdalny i błyskotliwy rodzaj dowcipu, który można pomylić z prostactwem bądź chamstwem. Skąd wiem, że się nie pomyliłam? Bo Tone (Jane Heltberg) nie zainteresowałaby się ani chamem ani prostakiem. Tone jest urocza, uśmiechnięta, zakochana i pełna wyrozumiałości dla swojego dużego chłopca. Właśnie razem zamieszkali, ona jest w ciąży, on wciąż nie może zachować powagi. To dobrze, bo, jak radzą podręczniki szczęśliwego życia, nie wolno nam zabijać swojego wewnętrznego dziecka. Problem pojawia się, gdy wewnętrzne dziecko zabija nas. 

tancza

Jak znaleźć złoty środek? Myślicie, że Lund przygotował Wam szkolenie z wiedzy o życiu w rodzinie? Że znajdziecie odpowiedź na odwieczne pytanie nurtujące filozofów świata? Nie będzie zbyt dużym nadużyciem, jeśli powiem Wam, że nie. Tak, jak nie znajdzie nigdy dorosłości Piotruś Pan, bo niby czego tu szukać? Ponurej odpowiedzialności za każde słowo i gest? Za czym tu tęsknić? Za teczką urzędnika, pracą od 7.00 do 15.00 i usztywnionymi, nie tylko krawatem, rozmowami ze współpracownikami o słupkach i wykresach? To ma być lepsze, niż partyjka squashaz kolegami zwieńczona rytualną kocówą? Impreza przy kieliszku białego wina w towarzystwie melomanów ma być lepsza, niż melanż z obowiązkowym sikaniem z balkonu i niezobowiązującym buziakiem z językiem, z hojnie wyposażoną przez naturę koleżanką? Nie ma głupich! Choć utarło się uważać za głupców tych, którzy nie spoważnieli na czas.

 Henrik ma już niewiele czasu na beztroskę, bo jak sugerują kulturowo-obyczajowe standardy, trzydzieści pięć lat, to już ostatni dzwonek, żeby pożegnać się z życiem i przywitać monotonię dorosłości. Co tu wybrać?

„Mężczyzna prawie idealany” może być męskim odpowiednikiem filmu „Frances Ha”, ale jest dużo zabawniejszy.  Może być też jednym z rozdziałów „Donomy”, która traktuje o tym, że wszystkie pary świata wytwarzają specyficzną nić komunikacji, z każdym człowiekiem rozmawiamy tak samo i jednocześnie z każdym zupełnie inaczej.  Bo niezależnie od tego, czy jesteśmy starzy, czy młodzi, czy jesteśmy zupełnie pomiędzy tymi okresleniami, wszystkim nam chodzi o to, żeby się dogadać z ukochaną osobą i żyć szczęśliwie. Jednak w dalszym ciągu materiału i dramaturgii wystarcza jedynie na nowelę, komponowanie z tych danych całego filmu nosi znamiona oksymoronu, który (prawie) występuje  w tytule. Gdyby ten film osadzić w amerykańskich realiach, mielibyśmy komedię typu „Ted” albo dużo gorszą, w realiach europejskich zabawne sytuacje bywają  niejednoznaczne, czasem absurdalne, a czasem żenujące. Ten rodzaj zakłopotania zachowaniem Henrika wpędza jest tak przejmujący, że nie można nie ukłonić sie nisko w stronę idealnego, nomen omen, Rafaelsena. Mamy zzatem walor edukacyjny, ale ciągle nie mamy odpowiedzi: jak żyć?

Cały ten film jest synonimem swojego bohatera, tego załóżmy „prawdziwego mężczyzny”. Idealny w nazwie, przeciętny w praktyce.

 

 

Paula Wakuluk

Kocham cię Hardkor Disko

HARDKOR-DISKO-no-trailer-fb-1024x429

Chyba się zakochałam.

Wyobraź sobie.

Widzisz go tylko raz i już zaczynasz robić rzeczy, na które nigdy wcześniej byś sobie nie pozwoliła, idziesz za nim, bo on chce. To jak amok przemieszany z marazmem. Chcesz to powtórzyć, ale podskórnie czujesz, że on może nie mieć ci nic do zaoferowania. Tak mało mówi, to jest seksowne, ale może okazać się, że zwyczajnie nie ma nic dopowiedzenia.

No i co z tego!? Chcę do niego wrócić! Nawet jeżeli „Hardkor Disko” to tylko kolejna impreza,  której treść jest ograniczona, niczym dawka kokainy, to i tak ja tu zostaje „do umarcia”. Na pierwszy rzut oka może się wydawać mało, ale przecież kopnie, musi kopnąć i „dopie*dolić zmysły”, obiecywali przecież w zwiastunie, wszyscy widzieliśmy, słyszeliśmy będzie hardkor.

Nie będzie.

Będzie.

Zależy, co masz na myśli. Czy wolisz żywncem zamarznąć, czy spłonąć. Której opcji byś nie wybrał, będziesz czuł wszystko dokładnie w każdej chwili, aż do napisów końcowych. „Hardkor Disko” albo rozpala do czerwoności albo studzi emocje faktem, że debiut Skoniecznego nie jest tak głęboki jak jego off.

Obraz odurza, sczytujemy każdy pojedynczy kadr, każdą grudkę tego psychotycznego amoku wcieramy sobie w mózg, a jednak może zostawiać intelektualny niedosyt. Wszystko jest dokładnie jak w życiu, jak mogłoby być, jak byśmy chcieli, żeby było, żeby tak wyglądało. Trzeba wziąć najlepszy melanż, najfajniejsze laski i chłopaków, wycisnąć z nich esencję, dobrze podświetlić i dać podkład muzyczny, szybki montaż i nie chce się wracać do domu. Jesteśmy częścią tego teledysku, na kinematograficznym haju, łykamy pigułki z napisem „Jarmusch”, „Kieślowski”, „Haneke” wszystkie są dobre.

Skonieczny nie odkrył prochów, on syntezował nowe ze sprawdzonych ingredientów, do czego przyznaje się w dialogach.   Wszystko jest powiedziane, nie ma pretensji. Nieustająca impreza przerywana jest aktami zbrodni, ascetycznymi, surowymi;  śmierć jak w życiu, bywa niewidowiskowa, a do tego wydaje się być nieuzasadniona. Ale to nie miał być przecież film o zabijaniu, tylko o rozpaczliwej miłości, o poszukiwaniu tożsamości, jak chciał reżyser. Marcin (Kowalczyk) doskonale wie co robi, wszystko przemyślał, obsadził role, przypisał winy i będzie wymierzał sprawiedliwość, bo jest buntownikiem. I przez tę kontestatorską pozę jest pociągający do tego stopnia, że można my wybaczyć nawet zbrodnię. On z nami gra, być może chodzi o rozszyfrowywanie metafor, zrywanie kurtyn, można dać się wciągnąć lub nie. Może rodzice symbolizują tu pokolenie, które zostawiło młodych samym sobie? A może Skonieczny udowodnił nam właśnie, że przeżarła nas popkultura, że życie stało się tylko ilustracją, że sens jest nieabsolutystyczny, że nie ma już czego szukać, nie ma na co czekać. Jesteśmy dobrze ubrani, ładni, żyjemy w designerskich wnętrzach, a imprezy są malownicze. Interesujemy się czymś, dokładnie nie wiadomo czym, ale jesteśmy bohemą, nie musimy wiedzieć, jesteśmy artystami.

Nie każdy musi łykać stymulanty Skoniecznego, nie każdy nabierze się na jego wizje i rzekomą iluminację, dlatego za najbardziej trafione uważam porównanie „Hardkor Disko” do „Spring Breakers”. Magia muzyki i zaklinanie obrazem  trącą próżną przepychanką na nowe szaty króla. I tu jest to zwierciadło, w którym ma się przejrzeć nasze pokolenie, nie w treści tylko w formie, bo my jesteśmy o niczym. Trochę o miłości, trochę o wódce i narkotykach, trochę o seksie i filmach. O niczym konkretnym. Zupełnie jak ta recenzja.

 

Paula Wakuluk

butelka